Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.11- Tom Kraver.

Tło Artykułów 4

[fb_button]

Czasy obecne.

Foggia, Włochy.

Blask z wolna wschodzącego słońca począł przebijać się przez zasłony do środka małego i skromnie wyposażonego pomieszczenia. Życie jeszcze w pełni nie przebudzone balansowało na krawędzi nocy i dnia a cisza oraz wyczekiwanie za oknem były takie same jak te panujące w środku. Pierwsze promienie słońca okryły wschodnie okno, oświetlając błyszczące krople nagromadzonej wilgoci. Dalej padały na srebrny krzyż wiszący po środku przeciwległej ściany. Niżej znajdowało się małe jednoosobowe łóżko, na którym jak dziecko spał Tom Kraver. Twarz śpiącego zdradzała lekko zarysowany półuśmiech świadczący o czymś miłym i pozytywnym w przeżywanym marzeniu sennym. Kiedy pokój został w większej części pochłonięty blaskiem dnia, promienie słońca oświetliły również i jego twarz, zaspana i pogrążona w świecie snu zaczęła ożywać. Cały proces dopełnił budzik, głośno dzwoniąc i podskakując na blacie stoliczka nocnego.

Tom szybko wstał by w kilka chwil wziąć orzeźwiający prysznic. Ubrał czarną sutannę, to ważny element bycia kapłanem, powtarzał przy nadarzających się okazjach. Ludzie, których spotykał na swojej drodze posługi powinni wiedzieć, kim jest i komu służy. Szczególnie dzisiaj, kiedy wielu duchownych wyglądem przypomina duszpasterza jedynie w Kościołach by po zakończonej Mszy Świętej ponownie ewoluować w zwykłego obywatela. Ostatnio widział księdza z kapturem na głowie i krótkich spodenkach. Coś dziwnego gestykulował i wykrzykiwał niczym szczekający piesek na uwięzi łańcucha. Ciekawe czy to przypadek, że właśnie imię tego kapłana jest wyryte na ścianie pobliskiej szkoły w towarzystwie kilku niecenzuralnych słów. Tom przestrzegał, ksiądz powinien wymagać i pomagać a nie staczać się do poziomu tak zwanej zbuntowanej młodzieży.

Rześki wrócił do małego pokoiku teraz już całkowicie skąpanego w blasku słońca. Uklęknął na oba kolana przed krzyżem i w ciszy odmówił modlitwę za siebie oraz za bliskich mu ludzi, prosząc o wsparcie Boga, którego wyznawał i w którym pokładał wszelka nadzieję. Od samego początku, gdy tylko zaczął poznawać bliżej istotę swojego stwórcy z coraz większa łatwością przychodziło mu zwracanie się do niego jako do własnego Ojca.

Po odbytej modlitwie zerknął do lodówki czy jest tam coś godnego uwagi. Z lekkim zażenowaniem stwierdził, że obsługa hotelowa nie spisała się dzisiaj zbyt dobrze. Półki przepełnione głównie wędlinami i alkoholem w kolorowych butelkach nie napawały chęcią do porannego śniadania a bardziej do procentowej libacji. Tom był jednym z tych ludzi, którzy nie przywiązywali dużej wagi do pierwszego posiłku dnia to też bez większego namysłu i ubolewania zamknął drzwi lodówki, która przewyższała go o głowę. Sięgnął po komórkę i schował głęboko w płaszczu. Miał już wyjść, kiedy nagle zadzwonił telefon. Przytłumiony ton ledwo wydobywał się ze sporej wielkości kieszeni.

– Halo? – Bez większego namysłu wypalił na dzień dobry do nieznanego rozmówcy.

– Dzień dobry tutaj John.

– John? – Zapytał obojętnie. – Który John?

Zapanowała dłuższa przerwa. Tom poklepał kilkukrotnie komórką myśląc, że może się zacięła. Przyłożył ponownie aparat do ucha by wreszcie usłyszeć wyczekiwaną odpowiedz.

– John Rayes.

W jednej chwili zrozumiał, poukładał drobne kawałki w całość. John Rayes, międzynarodowy zjazd i wykład. Ale przecież miał jeszcze czas, po co się gorączkować. Spokojnym tonem kontynuował dopiero, co zaczęta rozmowę.

– Witaj, witaj John. Co sprawia, że tak wcześnie dzwonisz? – Zapytał jeszcze lekko zaspanym głosem.

– Mam nadzieję, że cię obudziłem, ponieważ wszyscy zaproszeni goście są już na sali konferencyjnej. Nie wspominając o całej fali reporterów uzbrojonych w mikrofony, kable i napalonych statystów z kamerami. Brakuje tylko ciebie.

Kraver niezwłocznie zerknął na zegarek i zaniemówił. Dochodziła siódma a on był przekonany, że ma jeszcze dużo czasu. Modlitwa skutecznie zaabsorbowała kilkadziesiąt minut, które przeleciały w jednej chwili.

– John już wychodzę. Będę niebawem. – Nie czekając na odpowiedz rozmówcy zakończył połączenie ostatni raz rzucając okiem na wnętrze pokoju.

Szybko wyszedł podążając na czwartą międzynarodową konferencję do spraw walki duchowej we współczesnym świecie. Był jednym z zaproszonych ekspertów mających wygłosić przemówienie.

Po upływie 15 minut dotarł do celu. Na szczęście o tak wczesnej porze nie było jeszcze dużego natężenia ruchu, dzięki czemu nie musiał za mocno dodawać gazu i łamać kilku miejscowych przepisów. Nie lubił tego robić, ale czasem po prostu musiał. Wszedł szybkim i pewnym krokiem do wnętrza wysokiego biurowca. Przy wejściu zaczepił go jakiś człowiek w eleganckim garniturze.

– Ksiądz Krrrrraver? – Z lekkim problemem, ale stanowczo wypowiedział całe nazwisko.

– Tak to ja, proszę mi wybaczyć, ale spierze się na konferencję.

– Prrrrrroszę tedy, schodami bądź windą udać się na trzecie piętrrrrrrrrrro do sali wykładowczej numer trzy. – Z wielką ulgą zakończył krótką, ale jakże bogatą w spółgłoskę ‘r’ wypowiedz wskazując wyciągniętą dłonią uchylone drzwi windy.

– Dziękuję, jednak skorzystam ze schodów. Czuję, że nimi będę tam szybciej.

I pomknął z lekkim uśmiechem na twarzy, ciesząc się z możliwości rozgrzania jeszcze nieco zaspanego ciała. Nie chciał być jak staruszek, który musi korzystać z usług windy, na to też przyjdzie czas.

Drzwi do audytorium były jeszcze otwarte, stał przy nich nie, kto inny jak John Rayes. Gdy tylko spostrzegł nadchodzącego Toma wypuścił z ulgą powietrze zalegające w płucach i wyszedł mu naprzeciw.

– Jednak jesteś, zdążyłeś na czas. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale rzeczywiście bóg musi ci dopomagać.

– Przyjacielu jestem tutaj by głosić jego słowo, więc w jego interesie jest mi pomagać. – Mrugną pojednawczo prawym okiem, jednocześnie lewym spoglądając do wnętrza wielkiej auli. Chciał dostrzec, co właśnie dzieje się w środku.

– Dobrze już dobrze, najprawdopodobniej masz racje z nas dwóch to ty jesteś ekspertem, ale koniec tych filozofii wchodzisz za 10 minut, gdy tylko obecnie przemawiająca osoba zakończy swój wykład.

– To wystarczająco dużo czasu, kto wie może doznam jeszcze małego olśnienia? – Uśmiechnął się szczerząc białe zęby a następnie pewny siebie wszedł do środka zamykając wielkie drzwi.

Ksiądz Tom Kraver miał czterdzieści lat, swoją posługę kapłańską pełnił od czternastu lat. Początkowo nie był zdecydowany czy chce być kapłanem czy też zakonnikiem, jednak jego losy potoczyły się szybko i zwięźle w konsekwencji, czego został egzorcystą. Jako egzorcysta doskonale rozumiał naturę zła skutecznie niosąc pomoc nieświadomym ludziom, którzy by tylko pozostać na topie byli gotowi pójść w nieznane. Jego wysoka postura i dobrze zbudowana sylwetka dodawały animuszu. Czarne magnetyzujące oczy, mocny niski głos i całkowita łysina na głowie dopełniały całości wizerunku. Gdy przemawiał nastawała zupełna cisza, słuchacze byli urzeknięci nie tylko postawą Toma, ale i treścią słów, które wypowiadał. Teraz siedział cierpliwie czekając na swoją kolej, nie miał kartki nie miał żadnej ściągi, polegał w głównej mierze na swojej głowie i pamięci, często improwizując. Wiedza i doświadczenie, jakie nabył pozwalały na tego typu ryzykowne postępowanie.

***

Widząc Toma zajmującego miejsce na sali, John Rayes z ulgą ostatni raz zamykał drzwi wejściowe.

– Proszę zaczekać!

John lekko wychylił głowę. Dostrzegł starszą osobę w czerni, która kulejąc na prawą nogę mknęła w jego kierunku. Staruszek żywo odbijając się laską od podłogi pokonywał kolejne metry.

– Jeszcze chwila a by się pan spóźnił. – Odparł spoglądając w oblicze nieznajomego.

– Dziękuję, jednak jak nigdy w życiu akurat teraz nie mogę się spóźnić. – Z wyraźną zadyszką odpowiedział starszy pan przeciskając się do środka.

Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


This article has 4 Comments

  1. przeczytałem całość, tzn wszystkie dotychczas opublikowane rozdziały i zapowiada się rzeczywiście interesująco.
    Pozdrawiam.

  2. Nareszcie. Ostatni rozdział był publikowany miesiąc temu, proszę o częstszą aktualizację powieści.
    Pozdrawiam Czytelniczka.

Comments are closed.