Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.22- Samotny Pielgrzym.


Tło Artykułów 5


Uriel podróżował miejskim autobusem na wyznaczone spotkanie, cierpliwie stojąc pośród tłoczących się ludzi. Jakaś młoda para gorączkowo wymieniała zdania nie zwracając uwagi na stojącą obok starszą kobiecinę. Staruszka przy każdym zakręcie autobusu chwiała się na lewo i prawo niczym topola targana mocnym wiatrem. Ktoś inny słuchał głośno grającej muzyki. Uriel słysząc trzaski i piski nie mógł w żaden sposób zaliczyć owych dźwięków jako składny kawałek melodii, były to bardziej szczekające psy, a nawet wścieknięte psy uciekające ze schroniska, pomyślał.

Autobus podjechał na kolejny przystanek, masa ludzi pchanych odśrodkową siłą zaczęła coraz szybciej lgnąć w stronę wyjścia. Nikt nie został oszczędzony, w ruch poszły łokcie, kolana a nawet groźby, każdy chciał zdążyć wysiąść. Uriel nie wiedział czy ci ludzie robią to, bo lubią czy może rzeczywiście myślą, że kierowca kierujący pojazdem jest na wyścigach i postój potrwa jedynie kilka sekund.

Zacisnął zęby by nic nie mówić. Wiedział z autopsji, to daremne, ale nie dla tego, że nikt nie posłucha nieznajomego, ale dlatego że panujący zgiełk skutecznie zagłuszy wszelkie wypowiedziane słowa. Postanowił zignorować panujący zamęt i nie reagować nawet na przejawy siły mniej lub bardziej zamierzonej. Miał ważniejsze sprawy na głowie, on powiernik wielkich sekretów trzymał w ręku losy także tych gnuśnych ludzi.

Nie rozumiał tylko jednego, dokąd oni zmierzają. Czy kiedykolwiek zadali sobie pytanie, co jest po śmierci? Czy kiedykolwiek wyszli po za ramy własnego egoizmu? Uriel nie był pesymistą mówił o sobie pesymistyczny realista, ale wiedział, że duża część ludzi to cyborgi gotowe na zaprogramowanie i wodzenie za nos. Przez resztę kursu pozostał zamyślony przebudzając się dopiero na ostatnim przystanku, jego przystanku. Zapiął na duże guziki czarny płaszcz, poprawił kołnierz dookoła szyi i wyszedł przepuszczając dzikie stado przodem. Czasem lepiej nie wchodzić po między drzwi wyjściowe autobusu a rozpędzony maniakalny tłum.

– Idźcie, idźcie szaleni obcokrajowcy. – Nikt nawet nie zwrócił uwagi na złośliwą docinkę. I dobrze pomyślał, szkoda czasu na was i wasze paranoje.

Z ulgą opuścił wnętrze autobusu, zadowolony z większej swobodą ruchu. Idąc dalej mijał licznych turystów robiących zdjęcia. Był czarno białą plamą przemieszczającą się w morzu kolorów ubrań, straganów, reklam i bilbordów. Samotny Pielgrzym niestrudzenie podążał ku wzniosłemu budynkowi charakteryzującemu się monumentalnym stylem i przepychem. Pokonywał kolejne schody z coraz większą lekkością, jeden duży plac i był w środku, daleko od tłumu rozwrzeszczanych gapiów.

– Jestem umówiony z jego ekscelencją. – Zakomunikował stojącemu przy niewielkim mahoniowym biurku urzędnikowi.

– Zaraz to sprawdzę, proszę chwile zaczekać.

Uriel pozostał sam, doskonale znał to miejsce, był tu nie raz. To tutaj tak naprawdę rozpoczął swoją misję, której poświęcił całe nowe życie otrzymane przed laty, kiedy to na nowo odrodzony porzucił starego człowieka na rzecz całkowicie nowego nad człowieka. I jak zawsze z wielką satysfakcją oglądał liczne obrazy zawieszone na ścianie.

Jego ulubiony przedstawiał dwie kamienne tablice. Dziesięć przykazań Bożych danych człowiekowi by ten przestrzegając odwiecznych zasad nie upadał. Pęknięcie, które można było dostrzec zawsze kojarzyło się Urielowi ze złamaniem wszelkich norm, nawet tych naturalnych. Świat opuścił Boga, coraz bardziej ulegając rozkładowi, można było jedynie lawirować, w którą stronę skierujemy upadek. Dziesięć Przykazań, szczytna idea pomyślał, szkoda, że tak szybko upadła.

– Ekscelencja Kardynał Rivera czeka w swoim gabinecie. – Urzędnik już chciał poprowadzić gościa, kiedy usłyszał.

– Dziękuję. Znam drogę. – W ten kulturalny sposób Uriel spławił ciekawskiego pracownika, mógł samotnie przemierzyć korytarz zakończony masywnymi drzwiami. Zapukał i wszedł do środka. W pomieszczeniu skąpanym lekko czerwoną barwą oczy Uriela mogły swobodnie odpocząć. Zamykając drzwi czuł, że świat i jego błahe problemy pozostają za nimi, przed nim rzeczywistość dostępna jedynie dla nielicznych.

– Ostatnia pieczęć. – Ktoś wypowiedział tajemną formułę. Uriel ani przez chwilę nie okazał zawahania, odpowiadając głośno i wyraźnie.

– Jest pośród nas Mistrzu. – Słowa odbiły się lekkim echem od ścian, gasnąc w ciszy. Uriel zapomniał już jak tu jest, dawno nie odwiedzał Mistrza w jego głównej siedzibie.

– Czas jest bliski. – Oznajmił Kardynał Rivera, w jego głosie pobrzmiewało zadowolenie podszyte strachem. – Jakie przynosisz wieści?

– Przyleciał do Włoch prosto w nasze ręce. – Uriel potarł spocone dłonie o spodnie. – Próbuje nawiązać jakiś kontakt, na razie jednak nie wiem, z kim.

– Sądzisz, że będzie chciał wtajemniczyć kolejną osobę, zaryzykuje jej życie?

– Sądzę Mistrzu, że człowiek zapędzony do rogu chwyta się każdej formy ratunku. Tak zaryzykuje kolejne życie dla swojej sprawy.

– Słusznie Urielu. – Zapanowało milczenie, to jeden z tych momentów, w których następuje burza mózgów. Uriel spoglądał na swojego Mentora dociekając, co też zrobi, jakie podejmie decyzje, co rozkaże czynić. – Urielu zajmij się nim.

– Panie jak wielką cenę ma zapłacić.

– Cenę swojego życia, i tak za długo tolerowaliśmy jego działanie.

– Ale… Dlaczego…? Teraz, kiedy nic nie może przeszkodzić temu, co nadciąga…. – Uriel miał wątpliwości, po co kolejne ofiary? Są inne równie skuteczne sposoby na uciszenie niewygodnych ust.

Zimnym, przenikającym spojrzeniem Mistrz spojrzał na swojego zagubionego pielgrzyma.

– Pytanie jest nieistotne a wynik drogi Urielu przesądzony.

– Tak Mistrzu. Wybacz moje chwilowe niezdecydowanie. – Uriel szybko zareagował nie chciał okazać nieposłuszeństwa. Mimo to przez te wszystkie lata polubił człowieka, którego obserwował a którego teraz musiał zabić.

– Urielu wezwałem cię też z innego powodu, przez te wszystkie lata odkąd odkupiłem twoje winy i ukierunkowałem na ścieżkę oświecenia zawsze mogłem na tobie polegać. Jestem ci za to wdzięczny.

– Dziękuję, nie jestem godzien takich słów. – Głęboko pochylona postawa Uriela kontemplowała zadowolenie Mistrza. Warto było dla tych kilku zdań, dla tego momentu przez te wszystkie lata ciężko pracować tułając się po całym świecie. Nie jednokrotne narażanie życia, udawanie kogoś, kim nie był, liczne oszustwa i maskarady, w których uczestniczył no i uciszanie niewygodnych ludzi podnoszących zbyt wysoko głowy, o które trzeba było je ukrócić. Było warto.

– Urielu pragnę byś został wtajemniczony, kolejny poziom wiedzy czeka. Dowiodłeś swojej lojalności, jesteś godzien, nadszedł czas. – Kardynał Rivera podszedł bliżej, bacznie obserwując Uriela. – Rozmawiałem z radą. Czy jesteś gotów?

– Mistrzu przez wzgląd na ciebie i dla projektu jestem gotów.

– W takim razie chodź za mną.

Posłusznie ruszył nie zadając żadnych pytań. Nie wiedział, co teraz się wydarzy i czy w ogóle coś się wydarzy. Był jednak pewien, nastał świt jego osobistej chwały. Urielu jesteś wielki pomyślał, a szczery uśmiech spowił jego twarz. Schodzili po schodach wielu schodach, było to jak zstępowanie do bezkresnej studni on i jego mistrz. W ręku trzymali zapalone pochodnie oświetlające wąskie i wężowate zejście.

– Urielu zstępujemy do szeolu, który jest nowym początkiem.

– Mistrzu, ale wrócimy stamtąd tak? – Lekkie przerażenie zawładnęło sercem Uriela, któremu musiał dać upust.

– Ha…ha… – Szyderczy śmiech Mistrza wypełnił zejście. – Tak Urielu wrócimy, ale nie będziesz już taki sam.

Zatrzymali się przy ciemnej ścianie kończącej długie i kręte zejście. Pochodnie oświetliły wielki symbol wyryty nad ich głowami.

Ks.1 Rozdz.22 12 Apostołów

– Chodź za mną i nic nie mów bez mojej zgody.

Iść, ale gdzie? Zdziwił się. Wtedy jak na zawołanie niewidoczne wrota rozwarły swoje skrzydła ukazując okrągłą salę. Ku zdziwieniu Uriela nie była ona pusta.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.