Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.27- Nikt nie rodzi się zły.

Prześlij dalej:

Tło Artykułów 5


San Severo. Włochy

Europejski oddział NASA.

Ekrany LED, LCD a nawet wiekowe CRT żywo migały, co chwile pokazując nowe obrazy i wykresy. Cały sztab ludzi redagował i analizował wszelkie otrzymane informację. Liczne korytarze uformowane pomiędzy komputerami, drukarkami, skanerami i innym urządzeniami elektronicznymi były niczym autostrady, na których trwał nieustanny ruch ludzi w czarno białych uniformach. Pracę koordynowała jedna osoba. William Rodeker bacznie obserwował swój zespół, każdy szczegół. Był dyrygentem wielkiej orkiestry, cel główny to zero fałszów i potknięć, cel podrzędny patrz cel główny.

– Już niedługo! – Podniecony głos jednego z operatorów przebiegł przez salę.

William Rodeker wraz z wszystkimi, cierpliwie czekał, zapatrzony w licznik odmierzający czas. Wielkie czerwone cyfry osiągnęły krytyczny wynik 00:00:00. Ktoś z pracowników zerwał się na równe nogi krzycząc we wszystkich kierunkach.

– Jest. Widzę ją! – Wołał, wymachując rękami niczym zwycięstwa wielkiej kumulacji. Dziesiątki ludzi w kilka sekund obległy jego stanowisko pracy, wszyscy spoglądali na dwudziesto calowy monitor.

– Hej daj to na główny ekran. – Szef działu Połtawski nie miał zamiaru stać w ścisku, nie po to robił dwa nowe doktoraty i jeden fakultet. Część pracowników zamilkła. Połtawski ściągnął okulary, przetarł zmęczone oczy i zaparowane szkiełka. Ponownie spojrzał na ekran, ale bez zmian obraz był ten sam.

– Nie możliwe… – Połtawski otarł spoconą twarz chusteczką. – To nie kometa, nie widzicie, że obiekt na ekranie jest za mały! – Krzyczał we wszystkich kierunkach, nie tolerował błędów. Spojrzał w stronę Rodekera, ten jak zawsze nie okazywał cienia emocji. Sięgnął, więc po kilka kartek z biurka i ruszył w jego kierunku. Po drodze potrącił stażystę, który nie wiedział jak odnaleźć się w nowo zaistniałej sytuacji. Szef nie zwrócił jednak na to uwagi nawet w momencie, gdy stażysta upadał na podłogę pociągając za sobą komputer, jeden wielki huk i bałagan.

– William mamy problem. – Wypalił jeszcze w drzwiach. – Kometa MM-2000 uległa praktycznie całkowitemu zniszczeniu podczas przelotu wokół słońca, jej główna część została wchłonięta przez grawitacje słoneczną, a reszta odłamków. – Przerwał na moment. – Will w stronę ziemi pędzi masa odłamków. Należy wykonać nowe pomiary i obliczyć kurs oraz trajektorie wszystkich większych obiektów, które wytworzyły się w momencie rozpadu.

– Co z główną częścią komety? – Rodeker chciał zebrać wszystkie informacje. – Zagraża nam jeszcze?

– Raczej nie. – Połtawski został przyłapany na niewiedzy, nie lubił tego, jednak musiał improwizować. – Nie zaobserwowaliśmy jeszcze nigdy sytuacji, w której jakieś ciało kosmiczne wpada wprost w słońce. – Odczekał kilka sekund. – Nie da się tutaj przewidzieć, co dalej może się wydarzyć.

William Rodeker nie czekał ani chwili. Spojrzał na swoja asystentkę jednocześnie uderzając pięścią w stół.

– Natychmiast łączyć mnie z białym domem.

***

Na swój sposób cała ta sytuacja była fascynująca. Opowieści o rzeczach, które teoretycznie nie powinny istnieć a jednak istnieją. Tom wstał i podszedł do okna. Monumentalne i supernowoczesne budynki wymieszane z architekturą dawnych wieków stanowiły chlubę miasta a dla niego samego dowód na ciągły rozwój intelektualny człowieka. Tysiąclecia poświęcone udoskonalaniu nauki, budownictwa o raz kultury pochłonęły ciężką i niestrudzoną pracę milionów ludzi, czy dziś można w kilka chwil zaprzepaścić wszystko? Jak to się dzieje, że jeszcze wczoraj spokojny i ułożony człowiek jutro może być roztrzęsiony i niebezpieczny? Ostatecznie nikt nie rodzi się zły, a jednak z małego i słodkiego bobasa może wyrosnąć morderca i psychopata.

Tom Kraver stał i zadawał sobie te i inne retoryczne pytania, bo przecież znał doskonale odpowiedz. Zło żerujące na niemocy i strachu człowieka osłabia go, systematycznie wnikając w głąb duszy nieświadomego śmiertelnika. Pierwszym i podstawowym czynnikiem jest życie w grzechu ciężkim. To cienka, lecz głęboka szrama na nieskazitelnej duszy. Jest zwiastunem choroby znacznie groźniejszej niż te znane medycynie, to choroba niewidoczna, podstępna, która wnika do ciała, atakując je a następnie łączy się z nim w jedną całość.

Skuteczne i jedyne lekarstwo to spowiedź, ale kto dziś o niej pamięta, ludzie żyją w grzechach ciężkich nie zwracając na to szczególnej uwagi. Dalszym etapem postępującej choroby jest nękające zło, czyli świadome odczuwanie różnego rodzaju lęków, niekontrolowany pociąg do grzechu, egzorcyści mówią na to tresura przez szatana. Dalej pozostaje już tylko nieufność, agresja i ciągłe omamy, człowiek dostrzega w wielu miejscach rzeczy, które nie istnieją, zamyka się w sobie, co prowadzi do wyobcowania i samotności.

Sam na sam ze swoimi lękami, to straszne, wiele osób wówczas popełnia samobójstwo. Kulminacją popadania w ciemność zła jest zniewolenie lub opętanie doskonałe, gdzie człowiek stanowi bezwładne narzędzie w rękach demona lub demonów, przejmujących całkowitą kontrolę. Ktoś zapyta, jak rodzi się obłęd? W taki właśnie niepozorny i cichy sposób, dzień po dniu, rok po roku, życie jest długie a diabeł ma wystarczającą ilość czasu by wypróbować każdego.

Tom Kraver widział już wiele w czasie swojej posługi egzorcysty, ale nigdy nie potrafił zrozumieć jednego. Społeczeństwa uparcie odrzucającego prawdziwego Boga. Ilekroć włączył telewizor, by obejrzeć nowe wydanie wiadomości, dostawał zawsze to samo tylko pod różnymi postaciami. Łatwowierność… bezkrytyczność… naiwność… egoizm…

Najczęstsze informacje dotyczyły tragedii rodzinnych, morderstw, samobójstw lub przemocy cielesnej. W miażdżącej ilości przeważały przypadki gdzie rodzina bądź najbliżsi sąsiedzi o niczym nie wiedzieli. Padały kuriozalne sformułowania. Ta rodzina była idealna nie wiemy, co mogło spowodować tragedię lub jesteśmy w szoku nic nie wskazywało i nie zapowiadało tak wielkiej zbrodni, rodzice i dzieci tworzyli wspaniałą rodzinę padają też inne odpowiedzi nie znałem tych ludzi, nigdy z nimi nie rozmawiałem. Tom Kraver w takich przypadkach wyłączał niezwłocznie telewizor, nie chciał się jeszcze bardziej denerwować, miał być pasterzem ludzi, ale czasem miał nieodparte wrażenie, że to osły i capy.

– Nikt nie rodzi się zły. – Westchnął głośno.

– Masz rację Tom nikt, lecz z własnego i dobrowolnego wyboru chłonie i wciela w życie to, co złe. –Antonio Mazar podszedł i stanął obok Toma, dwa rozmazane oblicza odbiły się w oknie, dwie sylwetki dwóch odmiennych ludzi. Chwilowy obraz uwieńczony na szybie.

Antonio przekazał wstępną wiedzę swojemu przyjacielowi, któremu bezgranicznie zaufał. Nic więcej nie mógł zrobić jak tylko pozostawić Toma jeszcze na te kilka godzin samotnego rozmyślania. Później odlecą samolotem na spotkanie przyszłości. Przyszłości naszpikowanej ciemnymi zaułkami niewiedzy i tajemnicy. W prawdzie coś było już wiadome, wiele jednak pozostawało do odkrycia i poznania.

– Tom wybacz, ale muszę z wolna ewakuować cztery litery, nie chcę spóźnić się na wieczorny lot a sporo rzeczy mam do przejrzenia i spakowania. – Antonio ponaglany przez upływający czas, podszedł do wyjścia. – 19:15. Na lotnisku. Pamiętaj, będę czekał.

Kraver wyraźnie pogrążony w zamyśleniu długi czas nie odpowiadał. Dopiero skrzypiące drzwi ocknęły jego umysł.

– Z Bogiem Antonio, przyjadę na czas. – Cicho westchnął, wiedział, że kolejne drzwi jego życia uchylają się, nie wiedział jednak czy powinny zostać otwarte.

– Z Bogiem Tom, jeszcze raz dziękuję. – Antonio rzucił ostatnie spojrzenie na sylwetkę Toma, ślepo wpatrzonego przed siebie. – O czym myślisz? – Cicho wyszeptał stojąc na progu. Po czym opuścił zmęczoną głowę i wyszedł pozostawiając Kravera sam na sam z myślami.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.