Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.28- Data została wyznaczona.

Prześlij dalej:

Tło Artykułów 5


Zabójca ruszył zrealizować kolejne zlecenie. Nigdy nie rozmyślał nad słusznością wykonania kolejnej usługi. Człowiek często będący efektem ubocznym ewolucji musi być utrzymywany w korycie rzeki, jeżeli odstaje od normy powinien zostać zlikwidowany niczym niepotrzebny prezent pod choinkę. Te motto przyświecało jego działaniu, skutecznie uciszając sumienie. Doskonale wiedział, że jako profesjonalista nie może pozwolić sobie na chwilowe odruchy serca, które mogłyby uniemożliwić prawidłowe wykonanie zadania.

Współczucie i bezinteresowność zastąpił bezwzględnością i posłuszeństwem. Pieniądze, jakie otrzymywał po wykonanej robocie rekompensowały nawet ewentualny pobyt w piekle, do którego powinien trafić po śmierci. Oczywiście nie wierzył w te bajki wyssane z Biblii, nie on twardy sukinsyn odporny na zniszczenie i przełamanie. Jedyne, co mogło go zniszczyć i zabić to on sam. Teczka opisująca dokładnie charakter i wygląd kolejnej ofiary znajdowała się w jego lewej dłoni. Ostatni raz rzucił okiem na treść zawartych informacji i kilka zdjęć.

– Będzie łatwiej niż myślałem. – Powierzone zadanie było jednym z tych najłatwiejszych, szybka akcja i powrót na wieczorną kolację w domowym zaciszu.

Fotografie przedstawiały starszego pana w sutannie. Z zawartych informacji wynikało jedno, należy zachować szczególną ostrożność a całość przeprowadzonej akcji ma wyglądać na napad złodzieja, który przyparty do muru nie miał wyjścia jak tylko wysłać staruszka na drugi świat.

Dotarł na miejsce. Jeszcze raz szybko przeczytał informacje zawarte w teczce ofiary, był profesjonalistą i nie mógł czegoś popieprzyć. Wreszcie zadowolony wrzucił dokumenty do środka niewielkiego kontenera i podpalił. Z okrągłego pojemnika wystrzelił słup ognia. Wyczekał do końca aż każdy centymetr, każdej kartki ulegnie całkowitemu spaleniu.

– Dobrze, czas wysłać kleche do bozi. – Ruszył ku tylnemu wejściu, nie chciał zostać zauważony, rozgłos nie jest mu potrzebny.

Trzy stopniowe schody stanowiły legowisko bezdomnych kotów, czekających na jakieś odpadki, głośno miauczały biegając i zaglądając we wszystkie szczeliny. Ciężko było przejść nawet takiemu zabójcy jak on. Zatrzymał się i spojrzał na zegarek, miał jeszcze czas.

– Kici… Kici… wujek ma dla was cos dobrego. – Wygrzebał mały plasterek szynki leżący w kontenerze, owinął nim niewielkich rozmiarów tłumik, po czym całość zmontował z pistoletem. Koty zwabione zapachem jedzenia ustawiły się w kolejce po to, co najlepsze. Jednak ku ich zdziwieniu usłyszały jedynie głuchy odgłos trzasku padając jeden za drugim.

– Gińcie małe gnojki. – Obłędny uśmiech zagościł na twarzy zabójcy. – Jesteście gratisem dołożonym do księdza, może poznacie go w zaświatach. – Wydał kilka obłędnych dźwięków, przypominających śmiech. – Nie będziecie musieć długo na niego czekać. – Po zakończonej rozrywce wyprostował się, odwrócił i wszedł do środka budynku, zamykając za sobą cicho drzwi. Przed wejściem została mała kupka szczątek zwierząt i rozerwanych wnętrzności, nic tutaj nie przypominało kotów.

***

Jakiś czas później nieświadoma ofiara delikatnie umieściła klucz w drzwiach wejściowych do mieszkania. Jak się okazało drzwi były już otwarte, wystarczyło delikatne pchnięcie by stanęły otworem. Przyszła ofiara odruchowo zrobiła dwa kroki wstecz a fala niepokoju przepłynęła przez całe ciało. Mężczyzna spojrzał na prawo, później na lewo, korytarz był pusty. Śladów włamania też nie zauważył. Być może zapomniał zamknąć drzwi, kiedy opuszczał mieszkanie.

– Spokojnie Antonio, tylko spokojnie, nie panikuj bez powodu. – Antonio Mazar zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających na niego, ale tutaj we Włoszech, nie to nie możliwe, pomyślał. Delikatnie złapał za klamkę popychając drzwi do przodu. Kilka kroków i był już w środku pustego i pogrążonego w ciszy pokoju. Na razie wszystko wyglądało tak samo, żadnych oznak włamania. Zostawił klucz na stole obchodząc wszystkie pomieszczenia, nie było nikogo. Najwidoczniej w pośpiechu zostawił otwarte drzwi, za dużo wrażeń w ostatnich dniach, pomyślał. Rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu łapiąc kilka głębokich oddechów. Poczuł napływający spokój i nieodpartą chęć skosztowania tutejszej kawy, tak łatwo zapadającej w pamięci.

– Po tym wszystkim mała czarna dobrze wpłynie na poszarpane nerwy. – Zmobilizowany opuścił miękki i wygodny fotel kierując kroki ku niewielkiej kuchni. Białe meble wyposażone we wszystko, o czym można tylko pomarzyć cieszyły oko każdego, kto tu wchodził.

Antonio sięgnął po kubek, wsypał jedną łyżeczkę cukru i nastawił wodę do gotowania. Brakowało już tylko ostatniego, najważniejszego składnika, samej kawy, której nazwę zapisał sobie na małej karteczce, by po powrocie do domu nie zapomnieć jej producenta. Otworzył ostatnie drzwiczki wiszącej szafki, sięgając ręką do środka, jednak nie było tam nic prócz kilku opakowań herbaty. Okazało się, że pojemnik z kawą stoi na ławie w salonie.

– Bardzo dobra kawa. – Ponury głos dobiegł z za ściany, potwierdzając czyjaś obecność. Antonio opuścił kuchnię z trudem wykonując kolejne kroki. Nie był sam, drzwi były otwarte a on to zbagatelizował, głupiec ze mnie, pomyślał przestraszony.

– Proszę podejść bliżej obiecuję, że nie ugryzę. – Ciche, lecz zdecydowane słowa ciągnęły Antonia, do momentu, w którym stanął naprzeciw niezapowiedzianego gościa.

– Nie znam pana, proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie. – Chcąc ukryć strach Mazar zdecydowanym ruchem dłoni wskazał drzwi wyjściowe.

– Chciałbym, ale to nie jest takie proste, nie do momentu aż zrobię to, po co tutaj przyszedłem.

Po co tutaj przyszedłem? Antonio nie znał tego człowieka i nie wiedział, czego on może chcieć, to najprawdopodobniej jakieś nieporozumienie.

– Przykro mi, ale to musi być jakaś pomyłka.

– Pomyłka? To ksiądz jest pomyłką a ja jestem tutaj by tę pomyłkę usunąć. Proszę nie udawać zdziwienia. Sądziłeś, że te wszystkie prowokujące działania i kroki, jakie ostatnio zostały podjęte nie zwrócą naszej uwagi? Głupcze teraz dobrze ci radzę wykonaj ostatnie namaszczenie na sobie samym.

– Działania…? Ale…Ale… – W strachu Antonio miał tendencje do chwilowego jąkania. Kolejne wyrazy ugrzęzły mu w gardle.

– Ostatnia pieczęć. – Wybuchnął nieznajomy.

Ostatnia pieczęć i wszystko było jasne, przyszli po niego. Uświadomił sobie, że to już koniec, nieznajomy stojący przed nim został wysłany by go zabić. Każde uderzenie serca było niczym zegar przybliżający do śmierci. Oni się nie mylą, to najlepsi z najlepszy a konkretniej zwierzęta słuchające jednego pana, w starciu z nimi nikt nie miał szans. Tragiczna ocena sytuacji coraz bardziej przygniatała Antonia.

– Chcesz mnie zabić. – Pokiwał głową, powoli przygotowując umysł i ciało na śmierć. – Dobrze, ale nie odbierzesz mi prawdziwej wolności. Wolności, której sam nigdy nie doświadczysz.

– To nie czas na łzawe historyjki. – Zabójca uśmiechnął się, okrążając swoją przyszłą ofiarę. – Ludzie nie mogą być wolni, są słabi, zepsuci i bezwartościowi tak jak ty. Potrafisz jedynie stwarzać problemy. Ja wykonuję polecenia człowieka posiadającego prawdziwą władzę. Władzę, w którą tak ślepo wierzą ludzie. Księża i te wasze cuda, kto dziś je uzna? Społeczeństwo ma dość bezsensownego wyczekiwania, społeczeństwo ma nas a my wiemy, co z nim zrobić.

– Widziałem cud. – Z dumą oświadczył Antonio. – Ty natomiast żyjesz w świecie podszytym strachem, nie potrafisz dostrzegać tego, co nadprzyrodzone. Widzisz a jednak pozostajesz ślepy.

– Ha…Ha… Jestem od ciebie młodszy, więc mogę ci powiedzieć skończ pierdolić. – Zabójca spojrzał na Antonia. – Data została wyznaczona i nikt tego nie zmieni ani ty ani ten twój księżulek od czarnej magii. Tak wiemy o nim i możesz mi zaufać, zajmę się Kraverem, gdy tylko skończę z tobą.

– Kim jesteś by odbierać życie? Uważasz się za Boga?

– Starcze większość już dawno przestała wierzyć w Boga, który nie utwierdza w nich wiary żadnymi dowodami. Rządzimy światem w jego imieniu. Sama myśl o wolności napawa gnuśnych ludzi przerażeniem.

– A wy dajecie im szczęście. – Prychnął Antonio.

– Zagłuszamy ich wyrzuty sumienia. Ten, kto panuje nad sumieniem człowieka odbiera mu wolność.

Antonio pokiwał głową. Wiedział, że już czas, czuł jak wszystko odpływa, każde uczucie i każde wspomnienie, wspólne chwile z rodziną i tymi tysiącami ludzi, których miał okazję poznać przez te wszystkie lata życia. Trucizna beznadziei coraz bardziej ogarniała jego umysł. Został sam a tak bardzo się tego obawiał, jednak teraz nikogo to nie obchodziło. Teraz z każdą sekundą obawa o życie Toma wzrastała coraz bardziej, o jego życie i bezpieczeństwo. Być może zbyt pochopnie wciągnął go w to piekło, nie wystarczająco ostrzegając, co może go czekać, na co się narazi robiąc kolejne kroki. Mógł sam kontynuować pracę, sam zawsze sam, do ostatniego tchnienia sam.

Nie… Tym razem nie. Odpowiedzialność, jakiej się podjął była zbyt ciężka jak na barki jednego śmiertelnika, przygniatała człowieka wdeptując w ziemię, bez litości i szacunku. Z czasem miażdżące brzemię odpowiedzialności, uginało kolana, pochylony kark i kapiący pot z całego ciała nie wystarczały. Potrzebował kogoś takiego jak Tom Kraver, któremu teraz przekazuje pałeczkę. Jeżeli mu się nie powiedzie to nie będzie miało znaczenia czy zginie jutro czy za tydzień, ostatecznie wszyscy zginął.

– Pozdrów swojego Boga, gdy już u Niego będziesz. – Zabójca podniósł pistolet celując prosto w Antonia, spojrzenie miał dzikie wręcz szalone. Chłonął strach z otoczenia. Ręka mordercy ani przez moment nie drgnęła, gdy pociągał za spust. Antonio Mazar zdążył jeszcze wypowiedzieć początkowe słowa modlitwy podnosząc wzrok ku górze jak gdyby już widział wrota niebios.

– Ojcze nasz, który jesteś… – Nagle jego głos zamilkł. Siła strzału nie rzuciła jego ciałem o ścianę czy pobliskie meble, nie było też dużej ilości krwi jedynie głuchy łomot kolan o podłogę. Antonio upadł na kolana. Od zawsze zastanawiał się jak to jest umierać, czy będzie czuł rozdzierający ból, niepohamowany strach. Było zupełnie odwrotnie, nieprzenikniony pokój przepełnił każda komórkę umierającego ciała. Ból był znośny wręcz śmieszny w obliczu śmierci. Świadomość, że zdąża na spotkanie Boga, któremu służył całe życie najlepiej jak potrafił łagodziła wszelkie obawy. Ostatnia myśl umierającego Antonia wołała o przebaczenie i miłosierdzie dla swojego zabójcy. Panie Boże idę do ciebie, nie odtrącaj mnie… Amen…

Śmierć nigdy nie przychodzi w porę a każdy powód jest niewystarczający by pocieszyć i przekonać. W ciszy przychodzi umierać bohaterom za życie innych. Co bardziej niż śmierć może przekonywać i zmieniać?


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.