Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.29- To nie jest przypadek.


Tło Artykułów 4


Tom Kraver czekał na lotnisku, popijając wyborną czekoladę. Biała filiżanka była na tyle gorąca, że dłuższe trzymanie w dłoni groziło niewielkim poparzeniem, jednak było warto, wysoka temperatura ciemnego napojuwzmacniała doskonały smak i aromat. W prawdzie cukier powoduje cukrzycę a czekolada zawiera duże ilości tego draństwa, niemniej jednak Tom Kraver nawet przez moment o tym nie pomyślał prosząc o kolejną porcję. Chciał jakoś zabić czas zwłaszcza, że Antonio był już wyraźnie spóźniony, a przecież miał zboczenie na punkcie punktualności. Minuty nieubłaganie mijały, zegar w ciągłym ruchu obracał swoimi wskazówkami pokazując coraz większą zwłokę.

Przy stoliku obok siedziała jakaś kobieta, na oko koło trzydziestki z dwójką niesfornych pociech. Dziewczynka po otrzymaniu hot-doga i zabawki niespodzianki lekko przysnęła, jednak chłopak nie dawał za wygraną nieustannie doprowadzając kobietę do skrajności. Spokojne i przekonywujące apele nie pomogły, groźby i lekki kopniak w kostkę pod stolikiem również były bezużyteczne. Tom Kraver odkąd pamięta był przeciwny przemocy, dlatego ostatnie zajście z kopniakiem zdecydowało o jego interwencji słownej. Przez chwilę myślał, w jaki sposób to zrobić by nie wywołać zgorszenia swoim jak to dziś się powszechnie mówi wtrącaniem do wyzwolonej rodziny.

– Przepraszam, co mogę zrobić by dostać takie piękne zabawki. – Kobieta spojrzała na Toma mierząc go wzrokiem. Wysoki pan w czarnej sutannie ze szczerym uśmiechem czekał na odpowiedź. – No, więc jest jakaś szansa, czy nie bardzo. – Dopytał.

– Wystarczy kupić zestaw promocyjny, ale czy aby nie jest pan za stary na zabawki? – Odpowiedz kobiety była niezwykle rzeczowa, ale też pełna chłodu i dystansu. Można to było interpretować równie dobrze jako: zabawki? Lepiej zabieraj sutannę i do konfesjonału, nie masz dzieci to się nie wtrącaj, uperdliwcze.

Tom rozmyślał, kiedy wreszcie kobieta wstanie od stołu i odleci na swojej miotle, ale nie dając nic po sobie poznać odpowiedział.

– Dziękuję z pewnością skorzystam, a przy okazji drogi synu. – Skierował spojrzenie na chłopaka. – Mamy należy słuchać a jeżeli nie to przynajmniej zachować odrobinę kultury w miejscu publicznym, zapamiętaj to sobie. – Tom lekko podniósł krzesełko i nie skrzypiąc nóżkami po wypolerowanej i świeżo odpicowanej podłodze, powrotnie przysunął się do własnego stolika. Nie czekał na odpowiedz chłopaka ani jego mamy, najprawdopodobniej była by uszczypliwa i nie na miejscu a on nie miał teraz czasu i nastroju do rozmów z wyzwolonymi ludźmi.

– Mamo, kto to jest? – Zapytał chłopczyk.

– To jest ksiądz, pracownik Boga.

– Jak to przecież niedawno mówiłaś, że Bóg nie istnieje? – Dziecięce prostoduszne i bezkompromisowe pytanie zaowocowało kolejnym kopniakiem.

Tom słysząc fragment wypowiedzianego zdania posmutniał z dwóch względów. Po pierwsze kobieta będąca matką nie podjęła się zadania przekazania swoim dzieciom czegoś bardzo istotnego, czym od wieków była wiara. Biedna kobieto ty i twoje dzieci wcześniej czy później będziecie potrzebować kapłana i co wtedy zrobisz? W zamyśleniu dwa razy powtórzył smutne pytanie, będące jednocześnie formą osądu i wyroku, jaki kobieta wydaje sama na siebie.

Spojrzał na tę małą rodzinę jeszcze raz kątem oka głównie spoglądając na chłopca, do którego w pewnym sensie był podobny, ale miał to szczęście, że na swojej drodze spotkał ludzi, którzy byli inni niż matka tego dzieciaka. Tom Kraver w wieku dziewiętnastu lat zrezygnował z podjętych studiów informatycznych na rzecz stażu i pewnej pracy jako informatyk w małej, ale bardzo dobrze prosperującej firmie. Przed laty oddał swoje życie w ręce Świętej Marii stąd też wiedział, że to nie może być wynik przypadku.

W Polsce ludziom młodym ciężko było o znalezienie jakiejkolwiek formy zatrudnienia, liczba wolnych miejsc była dramatycznie niższa od liczby ludzi chcących pracę uzyskać. Tom nie zamierzał też wyjeżdżać za granicę był przywiązany do swoich rodzinnych stron. Dlatego wdzięczność, jaką miał do Boga i Marii była ogromna jak na osobę tak młodą. Zawsze przed pracą udawał się do pobliskiego Kościoła odwiedzając swoich dobroczyńców. Przepraszał, dziękował i prosił. Była to pierwsza i ostatnia praca, jaką podjął, jednak ukształtowała go na całe życie, zapoczątkowała pewien proces duchowy i świadomościowy trwający do dziś.

Poznał tam człowieka, który otwarł przed Tomem nowe drogi życia, drogi do tej pory uznawane za bajki i fantazje. Zagadnienia okultyzmu, tematyka egzorcyzmów, energii kosmicznych, wierzenia wschodu. Duża część sfery duchowej na nowo została ukazana przed oczami młodego i poszukującego chłopaka kierując jego drogę życiową ku powołaniu i seminarium. Za nim jednak do tego doszło Tom Kraver zaczął wnikliwe zgłębiać religie wschodu, tematykę energii kosmicznych, orgonu oraz wiary w to, że sam człowiek jest bogiem.

Po upływie roku odwiedził babcię i dziadka, jak zwykle dużo rozmawiali o Bogu i religii, był to temat przewodni większej ilości konwersacji. W pewnym momencie Tom zaczął kolejną wypowiedz od zdania, które zmieniło jego życie. Jeżeli Bóg istnieje… Nie zdążył nawet dokończyć, ponieważ babcia ze zdziwieniem przyjęła owy wstęp. Sam Tom po chwili namysłu okazał zaskoczenie i niedowierzanie, co też mówi. Zawsze głęboko wierzący teraz chciał zanegować istnienie Boga.

To był znak, coś jest nie tak, cos się zaczęło zmieniać i to nie na lepsze. Studiowanie pism i tylko pism typu energie wszechświata czy religie wschodu było błędem. Nie można zgłębiać tylko jednego światopoglądu negując na jego podstawie inny. Od tamtego pamiętnego dnia życie Toma uległo przemianie a cała sytuacja wyryła głęboki ślad w jego pamięci, powracając ponownie teraz, kiedy nadal oczekiwał przybycia swojego przyjaciela.

Głos spikerki zapowiadający kolejny odlot wyrwał Toma z głębokiego zamyślenia. Spojrzał na zegarek, coś było nie tak. Antonio nigdy by się nie spóźnił a nawet, jeżeli tak to wcześniej by go uprzedził. Dopił drugą filiżankę pysznej czekolady bezustannie wypatrując przyjaciela, na próżno nigdzie nie było po nim śladu. Wstał od stołu zostawiając spory napiwek, zapiął czarny płaszcz okrywający sutannę i skierował kroki ku wyjściu. Jeżeli nie w środku to może na zewnątrz będzie miał więcej szczęścia, zwłaszcza, że czas uciekał. Nikt nie będzie zwlekał z odlotem rejsowego samolotu tylko i wyłącznie ze względu na dwie spóźnialskie osoby.

Przed głównym wejściem ruch był jeszcze większy niż w środku. Jedne taksówki szybko podjeżdżały wysypując z siebie setki ludzi, inne oczekiwały tamując ruch. Tom Kraver stał po środku bezkresnego zamętu napędzanego przez ludzi, latających dookoła niczym satelity. Nie raz i nie dwa ktoś mocno popchnął go łokciem lub trącił walizką, nie mówiąc nawet przepraszam. Wysoka postura Toma wreszcie była przydatna. Dzięki niej mógł przebić spojrzenie ponad pędzącymi osobami i wypatrywać sylwetki Antonia.

Już chciał krzyknąć kilka razy jego imię, ale zdał sobie sprawę, że to działanie bezużyteczne wręcz irracjonalne. W takim tłumie jakiś Antonio zawsze się znajdzie i to zapewne nie jeden a całe stado. Zrobił kilka kroków wychodząc z tłumu. Spojrzał w lewo nic, spojrzał w prawo to samo. Antonia nie było i wszystko wskazywało, że prędko nie będzie. Dziwne, bardzo dziwne, tyle trudu, całe te opowieści, co to miało być żart? Teraz, kiedy Tom Kraver praktycznie uwierzył Mazarowi ponownie wątpliwość i nieufność pojawiły się na horyzoncie.

Spojrzał jeszcze raz, ale nadal stał sam, nikt nie podążał w jego stronę. Nagle zapanowała całkowita cisza, ludzie w jakiś przedziwny sposób rozeszli się, pozostali tylko nieliczni. Taksówki też przestały podjeżdżać a ogólny zamęt ewoluował w harmonijny porządek. Niespodziewanie ktoś zaczął bardzo szybko biec w kierunku Toma wymachując rękami i głośno krzycząc. Dalej był już tylko pisk opon, upadek i zaćmienie umysłu.

Powieki ociężałe jak nigdy wcześniej nie dawały się unieść, ból głowy i prawego barku momentami odbierał dech w piersiach. Otoczenie skąpane we mgle potęgowało rozproszenie, utrzymując umysł w zamroczeniu. To sen czy już rzeczywistość a może nie żyję i tak wygląda śmierć? Tom Kraver nie wiedział, co myśleć, najchętniej rozpłynąłby się w powietrzu.

– Ic.. P.. U… Ni…. Je… – Niezrozumiałe odgłosy coraz mocniej docierały do głowy Toma. Nie wiedział, o co może chodzić, gdyby, chociaż trochę zrozumiał z tego bełkotu to wówczas na pewno miałby łatwiej. Kiedy z wolna dostrzegał sens pierwszego głosu zaczął słyszeć następny.

– Ha…. O…. Pot… E… Je… Ks…. Pomo…. – Coś wstrząsnęło kilka razy całym ciałem Kravera przyspieszając proces powrotu do stanu panowania nad zmysłami, teraz już zrozumiał, co od niego chciano.

– Nic panu nie jest? Potrzebuje ksiądz pomocy, wezwać karetkę?

Tom Kraver zwolna otworzył ociężałe powieki a świat i otaczający go ludzie zmaterializowali się tworząc jedno wielkie show. Ktoś stał nad nim krzycząc i wymachując nieustannie dwiema rękami. Jakaś pani trzymała go za rękę jakby, co najmniej miał zaraz opuścić ten świat i odejść do wiecznej krainy. Tłok i krzyki powodowały coraz większy napływ gapiów a Tom czół się jak na rozdaniu oscarów tylko, że jedyne, co otrzymał to duża dawka bólu fizycznego.

– Proszę spojrzeć i powiedzieć ile ksiądz widzi palców?

Jeszcze tego brakowało będę opowiadał ile widzę palców, a może mam jeszcze od pierdzieć hymn tego kraju i zatańczyć na jednej nodze. Nie ma mowy, pomyślał. Kiedy miał już wybuchnąć ktoś złapał go pod ramie i podniósł z chodnika.

– Długo ma ksiądz zamiar tak siedzieć na ziemi?

– Nie wiem, jeszcze nad tym rozmyślam. – Lekko zakręciło się w głowie Toma, kiedy ponownie stanął na własnych nogach, otrzepał nagromadzony kurz i pogładził spoconą łysinę. Chciał podziękować nieznajomemu, ale wcześniej zapytał.

– Co do cholery. – Zdał sobie sprawę, że nie powinien wypowiadać tego słowa a jednak wypowiedział, więc kontynuował dalej. – Tak, do cholery. – Powtórzył chcąc rozładować frustrację. – Co tutaj się stało?

– Nic ksiądz nie pamięta? To jest tak zwana amnezja czasowa wywołana działaniem podświadomości, która spycha informacje daleko w przepaść umysłu.

– Proszę, dość tych bzdur tylko konkrety.

Chłopak podrapał wysokie czoło robiąc przy tym śmieszną minę, nawet dziwaczną.

– No, więc z tego, co widziałem to ksiądz stał sobie spokojnie tam, tak o tam. – Nieznajomy pokazał palcem. – Kiedy bez uprzedzenia z za rogu wyjechało ciemne BWM w kierunku księdza.

– Uratowałeś mnie?

– Nie skąd, to znaczy uratowałbym, ale byłem zbyt daleko, kto inny to zrobił i całe szczęście, bo w innym wypadku byśmy teraz nie rozmawiali.

– Kto to był, kto mnie uratował? – Dopytywał Tom.

– Jakiś mężczyzna dobrze zbudowany, ale odszedł od razu po całym zajściu, być może jest skromny i nie chciał wysłuchiwać pochwał.

– Dobrze dziękuję ci za Eee… Pomoc w powstaniu z ziemi.

Obaj uśmiechnęli się do siebie kierując kroki w dwie przeciwne strony. W odległości kilkunastu metrów od siebie chłopak przystanął i zawołał.

– Proszę księdza nie wiem czy to ważne, ale cała ta sytuacja jest dziwna i nie wygląda na zbieg okoliczności.

– Dziękuję przemyślę to. – I rzeczywiście Tom miał, nad czym myśleć, jednak ból i nerwy nie pozwalały na skupienie. Spoczął na najbliższej ławeczce pozostając w lekkim zamroczeniu. – O co chodzi, co tu się dzieje? – Tylko na tyle było go teraz stać a to już sporo.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.