Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.3- Tajemnica Gór Zielonych.

Prześlij dalej:

tlo-artykulow-4

[fb_button]

Nie opodal gór zielonych, nagie drzewa brodziły w zimnej i błotnistej wodzie jeziora Champlain. Księżyc skutecznie rozjaśniał mrok nocy a blade światło nowiu ukazywało pogrążoną w bezruchu ospałą tafle wody oraz martwotę okolicy. To miejsce tylko za dnia nosiło pewne namiastki życia i to głównie za sprawą leśnych zwierząt. Mieszkańcy pobliskich wiosek nie udawali się do lasu po zmroku ze względu na liczne doniesienia dotyczące kolejnych zaginionych osób, których ostatecznie nie udawało się odnaleźć. Ta okolica nigdy nie cieszyła się dobrą opinią, miejscowi Indianie uważali ją za nawiedzoną a nawet przeklętą. Kto raz przepadł więcej nie powracał. Tylko pamięć pozostawała ciągle żywa domagając się wyjaśnienia.

Większość przypadków zaginięć poprzedziła seria dziwnych zdarzeń, których nigdy nie udało się w pełni zrozumieć. Według relacji pochodzących z różnych źródeł, ludzie przepadali nie tylko w nocy, ale także w biały dzień. Mimo zakrojonych na szeroką skalę akcji poszukiwawczych nie udało się odnaleźć żadnych śladów, uprowadzeni nie pozostawili po sobie nic, co mogłoby doprowadzić do ich odnalezienia. Z każdym kolejnym dniem nadzieja gasła.

Czy to miejsce było niczym czarna dziura, wchłaniająca wszystko i każdego, kto znajdzie się na jej terenie? Czy to miejsce i ta ziemia były domem jakiejś obecności, czegoś co żerowało i panowało w tych rejonach? Na świecie jest pełno takich zakątków gdzie nasze kroki nigdy nie powinny pozostawić śladu. Te miejsca raz odwiedzone zatrzymują czas, stają się naszą częścią i nie odpuszczają już nigdy. Czy zatem mamy do czynienia z inteligencją czy może tylko jest to zwykły efekt placebo? Wydarzenia, do jakich doszło na terenie Gór Zielonych w ubiegłym wieku wyraźnie potwierdzają tę pierwszą wersję. Dlatego mieszkańcy nie tracili wiary i nadziei, że jednak uda się kogoś odnaleźć, często była to wiara wbrew rozsądkowi i temu, co podpowiadał rozum, ale szukali, nawoływali, chcieli poznać prawdę.

Po okolicznych terenach zaczęły krążyć liczne podania starające się rzucić więcej światła na zaistniałe wydarzenia. Mieszkańcy wierzyli, że po zmroku, gdy w objęciach nocy zstępuje na ziemię widmo grozy, coś budzi się w ciemności by porywać i pożerać swoje ofiary. Dlatego w pobliżu nie było nikogo, z kim można by porozmawiać, kto mógłby coś zobaczyć bądź usłyszeć. Panowała przygniatająca cisza, przerywana jedynie odgłosem skrzypiących drzwi prowadzących do małej leśnej chaty. Mogłoby się wydawać, że jest już od dawna opuszczona, jednak palące się światło wskazywało na czyjąś obecność, ktoś był w środku.

Dominico Tarvage siedział samotnie przy stole trzymając czarne pióro raz w lewej raz w prawej dłoni. Spoglądał wzrokiem skoncentrowanym i zatrwożonym w puste kartki papieru ułożone jedna obok drugiej na drewnianym blacie. Nieruchoma postura ciała nadawała mu wyglądał posągu samotnie stojącego pośrodku burzy wielu różnych zamiarów. Miał tyle myśli, które chciał zapisać, pozostawić po sobie by nie przepadły razem z nim. Przygarbiona sylwetka i zamykające oczy uwidaczniały ogromne zmęczenie, z którym starał się walczyć. Wszechobecna martwota i wyczekiwanie wypełniły każdy kąt leśnego domu. Przeszłość, teraźniejszość i zarysy przyszłości zespoliły się ze sobą tworząc wydarzenie, którego nadejście, było tylko kwestią czasu. Szaleni ludzie zdolni urzeczywistnić najgorsze obawy i lęki byli już na ziemi.

Z głębokiej zadumy wyrwał go niespodziewany huk trzaskających okien, które zamknięte przez nagły podmuch obsypały drewnianą podłogę odłamkami szkła. Wilki zaczęły nerwowo i donośnie wyć. Dominico szybko zrozumiał, że ta noc pochłonęła kolejną ofiarę, nie wiedział czy to mężczyzna czy kobieta, dziecko czy starzec. Wiedział jedno, ktoś umarł. Szybko zerwał się na równe nogi i przetarł wyczerpane oczy. Po upływie kilku sekund zrozumiał, że to tylko wiatr i na jego szczęście nic więcej. Ponownie usiadł tym razem już mniej zamyślony a bardziej nastawiony do tego by działać. Podkręcił dogasającą lampkę i zaczął notować.

,,Widziałem ich, wykonywałem każde polecenie bez zbędnych pytań, posłusznie jak tego zawsze wymagali. Iluminaci istnieją naprawdę. Bardziej niż bractwem są rodziną połączoną wieloma liniami rodowymi skrupulatnie ukrywanymi przed światem. W jakiś niewytłumaczalny sposób posiadają pierwiastki najdoskonalszego zła a korzenie ich istnienia sięgają czasów faraonów a może jeszcze głębiej w odmęty historii.’’

Tak brzmiał początek jego listu i przesłania. Dominico Tarvage widział rzeczy, jakie teoretycznie nie zdarzają się na tej ziemi. Dominico Tarvage widział ludzi i to, do czego są zdolni by tylko osiągnąć wyznaczony cel, a była nim przede wszystkim jeszcze większa władza. Dominico Tarvage siedział teraz samotnie w swojej leśnej chacie, na zewnątrz panowała ciemność i niepokój, ta atmosfera zapowiadała wielkie zmiany, a być może nawet coś więcej. Czy zatem zdoła stawić czoła swoim demonom? Czy ukończy list i wreszcie, co w nim napisze? Dominico jeszcze sam do końca tego nie wiedział, przyszłość dopiero nadchodziła, przekraczała próg jego domku, tu i teraz kształtowała się teraźniejszość.

[fb_button]

Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


This article has 3 Comments

  1. miejsc w których dochodziło do masowych zaginięć jest więcej, oczywiście są one naznaczone znakiem tajemnicy. Ale akurat o górach zielonych pierwszy raz miałam okazję przeczytać.

  2. Już kiedyś czytałam o tych zaginięciach i rzeczywiście jest to sprawa po dziś dzień co najmniej dziwna…

Comments are closed.