Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.32- Drapieżnik i ofiara.



Dzwonek telefonu obudził Kate. Przetarła oczy po upojnej nocy, powoli łapiąc kontakt z rzeczywistością. Była naga, podobnie jak jej partner, dookoła panował nie ład. To musiała być naprawdę dzika noc, pomyślała. Postawiła obie stopy na podłodze czując ból w mięśniach, zakwasy miłości. Nie była zdziwiona. Jeszcze raz przetarła twarz lewą dłonią a prawą sięgnęła po niezaspokojony telefon.

– Halo. – Wyszeptała pierwsze słowa.

– Kate to Ty? – Rozmówca początkowo nie rozpoznał jej głosu. – Gdzie jesteś? Od wczoraj próbuję się z tobą skontaktować.

– Jestem w Bostonie, miałam pilną sprawę do załatwienia. – Cicho zachichotała na myśl o pilnej miłosnej eskapadzie.

– Nie żyje. – Głos w słuchawce szybko przeszedł do konkretów. – Nie mogę uwierzyć w to, co mówię, ale on nie żyje.

– Kto nie żyje? – Zapytała zaniepokojona. – O czym ty mówisz?

– Najprawdopodobniej został zamordowany we własnym mieszkaniu, tak twierdzi policja. Zamordowany! – Ostatnie słowo zmroziło krew w żyłach Kate, musiała przysiąść na skraju łóżka by nie upaść. Najchętniej zakończyłaby te rozmowę, ale to nic nie zmieni. Ostatecznie musiała zapytać, kto nie żyje, dociec, o co chodzi w tym szaleństwie.

– Kate. – Kontynuował rozmówca. – Antonio Mazar został znaleziony martwy w wynajętym pokoju hotelowym. – Tych słów nie chciałaby nigdy usłyszeć a jednak usłyszała. Napływ adrenaliny przytłumił wewnętrzny ból kierując umysł ku kolejnym pytaniom.

– Gdzie to się stało, czy są już podejrzani? – Krzyczała do telefonu, nie zwracając uwagi na śpiącego kochanka.

– Foggia, Włochy. Złapano dwóch mężczyzn podczas ucieczki z miejsca zbrodni. Są przetrzymywani w miejskim areszcie.

Antonio został zamordowany, nadal nie mogła w to uwierzyć, to nie możliwe, dlaczego ktoś chciał zamordować kapłana, osobę odpowiedzialną za tyle dobra. Kto mógł być na tyle podły by popełnić taką zbrodnię?

Każda zbrodnia jest niedopuszczalna, ale wykonana na osobie księdza wzbudzała tym bardziej skrajne emocje. Jednak to nie wszystko, co wstrząsnęło Kate. Miała świadomość, że jeszcze kilka tygodni temu Antonio prosił ją by w razie jego śmierci skontaktowała się z jakimś księdzem o imieniu Tom Kraver. To napawało strachem i nieodgadnionym lekiem. Jak starszy ksiądz mógł w tak dokładny sposób przewidzieć, że coś może mu grozić?

Przypomniała sobie ostatnie słowa wypowiedziane przez Antonia, podczas ich ostatniego spotkania. Nikomu nie mów o naszej rozmowie. Jeżeli w ciągu najbliższych tygodni nic złego nie wyniknie proszę cię zapomnij o wszystkim, co powiedziałem, jak gdybyśmy nigdy nie rozmawiali na ten temat. Nie wiedziała, co się dzieje, ale kolejny ruch, który chciała wykonać był oczywisty, musi odnaleźć tego Kravera i przekazać mu informacje, jakie Antonio powierzył w jej ręce.

– Jeszcze dziś będę w Foggi, dokładnie wybadam temat i to, co tam się wydarzyło. – Nie chciała zdradzać, że jest również posłańcem ważnych wiadomości.

– Kate pobrano odciski palców od tych dwóch podejrzanych. Wiadomo już, że jednego nie ma w bazie danych policji jakby, co najmniej nie istniał, a ten drugi to niejaki Tom Kraver. Nie uwierzysz, ale ponoć jest księdzem. – Kate jeszcze bardziej wytrzeszczyła oczy słysząc ostatnie zdanie. Tom Kraver jest mordercą Antonia? Przecież Antonio kazał jej skontaktować się właśnie z nim. To naprawdę jakieś szaleństwo, pomyślała. – Kate uważaj na siebie, cała ta sprawa jest mocno podejrzana. Ksiądz i człowiek widmo to dość nietypowa para morderców.

– Będę czujna jak zawsze, bez obaw. – Zakończyła rozmowę. Zaczęła planować, nie wiedziała, co zrobić, gdy już stanie oko w oko z tym Tomem, traktować go jako mordercę czy zaufanego przyjaciela Antonia. Cholera jasna, przeklęła w myślach kilkukrotnie, rozładowując nagromadzone napięcie. Spojrzała za okno i cicho zapłakała.

***

Wszedł prosto na komisariat policji. Nie spieszył się, ale siła, z jaką pokonał obrotowe drzwi na długo wprawiła je w ruch rotacyjny. Pierwsze kroki skierował w stronę łazienki, miał tam ważną czynność do wykonania a w zasadzie dwie. Dokładnie wiedział, co robić, plan obmyślił w kilka minut z realizacją powinno też pójść gładko. Kiedy ktoś pytał ile potrzebuje czasu by solidnie przygotować się do wykonania powierzonego zadania, zawsze odpowiadał w ten sam sposób. Dajcie mi sekundę a będę dobry, dajcie mi minutę a będę doskonały, dajcie mi godzinę a będę nie do pokonania.

W tym przypadku miał kilka godzin na obmyślenie planu i to, co wykombinował przypominało mu niedawną sprawę z Kanady, jednak jako profesjonalista dobrze wiedział, że każde zlecenie jest inne, ponieważ ludzie, których ono dotyczy są całkowicie odmienni. To mobilizowało jeszcze bardziej, było jak para na tłoki olbrzymiej maszyny, która raz wprowadzona w ruch nie dała się zatrzymać.

Pchnął nogą ciemne drzwi prowadzące do męskiej toalety. Wchodząc do środka jeszcze raz rzucił okiem czy aby nikt nie idzie za nim. Odkręcił kurek z ciepłą wodą delikatnie polewając dłonie. Dokładnie wymył zastygłe pozostałości krwi Mazara widniejące na jego rękach. Był na komisariacie a tutaj każda kropla krwi równała człowieka z przestępcą, co akurat w jego przypadku było słuszne, jednak niech to pozostanie tylko i wyłącznie jemu wiadome.

– Idealnie. – Zadowolony z siebie poprawił czarny garnitur, zapinając ostatnie dwa guziki. Krawat również czarny dobrze współgrał z resztą. Wyglądał dokładnie tak jak zakładały pozory by wyglądał. Wyciągnął z kieszeni legitymację w skórzanej oprawie i przemówił do swojego odbicia w lustrze.

– Peter Wage FBI. – Pierwsza próba. – Federalne biuro śledcze, Peter Wage. – Druga próba. – Agent specjalny Peter Wage – Trzecia próba, wreszcie udana. Tak będzie świetnie, pomyślał. Uśmiechnął się raz jeszcze do lustra ubierając przyciemniane okulary. – James Bond przy tobie wymięka.

W doskonałym nastroju opuścił toaletę. Wszedł tam jako morderca, wyszedł jako agent FBI. Miał ważną sprawę do załatwienia na tym zapchlonym posterunku. Każda napotkana osoba instynktownie ustępowała mu miejsca niczym jakiemuś wezyrowi tureckiemu. Jemu było to na rękę, niech wiedzą, kto tu rządzi.

– Którędy na sale przesłuchań. – Warknął tak mocno, że policjant nie wiedział czy to pytanie czy już rozkaz.

– Kim pan jest? – Zapytał nie ukrywając narastającego zmieszania.

– Agent specjalny Peter Wage. – Chciał okrasić swoją odpowiedz kilkoma mocnymi słowami, ale zrezygnował, pomachał jedynie niewielką legitymacją przed nosem posterunkowego, który widać nie często miał do czynienia z FBI.

– Nic mi nie wiadomo by FBI miało dzisiaj przysyłać agenta.

Peter czuł lekkie zażenowanie, w jego świecie hierarchia była skrupulatnie przestrzegana a tutaj jakiś pionek śmiał zadawać pytania tam gdzie powinien udzielać samych odpowiedzi, najwyższy czas zmienić hierarchie wartości.

– Kolego ja jestem z FBI a ty jesteś z nikąd, więc gdy każę ci się położyć to się kładziesz, gdy każę przynieść kawę zapytasz czy ze śmietanką czy bez. Rozumiesz? Więc jeśli nie chcesz reszty życia spędzić jako podrzędny krawężnik słuchaj tego, co mówię i odpowiadaj, nic więcej. – Mogło się wydawać, że posterunkowy jakby zmalał a Peter urósł. Poraził go jeszcze raz spojrzeniem. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu nim ktoś faktycznie zada nieodpowiednie pytania i zacznie węszyć. Dlatego mocno uderzył pięścią w stół krzycząc. – Sala przesłuchań!

Posterunkowy oblany ciepłym potem nic nie mówił, coś odebrało mu głos. Jedyne, na co się zebrał to ciche wręcz szeptem wypowiedziane zdanie.

– Prosto do końca korytarza, ostatnie drzwi po prawej.

– Noooo… – Peter wyraźnie przeciągnął literkę o. – To rozumiem, tak trzymać posterunkowy a daleko zajdziecie. – Taaaa daleko zajdziecie, pomyślał odchodząc od wystraszonego policjanta. Masz szczęście, że nie spotkałem cię na ulicy, bo byś już wylądował w krainie wiecznych łowów i szczęśliwości, gnojku.

Peter do końca nie mógł pojąć, jak można przyjmować do policji takich nieudaczników, którzy pod wpływem niewielkiej presji zjedzą własne gówno. No może nie do końca nie wiedział, wolałby nie wiedzieć, jednak znał doskonale odpowiedz, system był dziurawy a przestępcy tacy jak on, czyli posiadający nie tylko siłę, ale i inteligencje, byli drapieżnikami a policja tylko ofiarą, zdechłą padliną.

– Gdzie przesłuchują Toma Kravera i jego wspólnika. – Zapytał przechodzącego funkcjonariusza.

– Pod czwórką.

Doskonale, chociaż jeden okazał respekt, dobry piesek, pomyślał.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.