Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.33- Ucieczka.

Prześlij dalej:


Tom Kraver nadal nie mógł uwierzyć, że dali się złapać. Uriel wielki i sprytny a jednak nie do końca tak dobry jak myślał. Było zimno, za zimno jak na sale przesłuchań, chyba chcą nas złamać chłodem, pomyślał. Spojrzał na twarz wspólnika przestępstwa, którego nie popełnili, ale nic z niej nie wyczytał prócz wielkiego skupienia. Być może obmyśla plan ucieczki, lepiej żeby był dobry.

Tom nie miał zamiaru do końca życia odprawiać mszy świętych za murami więzienia. Ostatni raz dałem się złapać w tak śmieszny i kuriozalny sposób, następnym razem to ja będę działał w końcu właśnie nabieram doświadczenia, dodał w myślach, po czy ponownie wrócił do momentu próby ucieczki. Światła zamigotały w szaleńczym tempie odbijając niebiesko czerwonawe barwy w oknach pokoju Antonia.

***

– Ruszamy nie ma czasu, zaraz tu będą. – Same złe myśli chodziły po głowie Uriela, gorzej być już nie mogło.

– Ruszamy, ruszamy, ale gdzie, chyba nie chcesz wyjść na dach i odfrunąć. – Tom nie krył strachu potęgującego cięty dowcip.

– Nie czas na science fiction, chodź za mną. – Uriel wyskoczył z pokoju nie patrząc na nic, Tom w ostatniej chwili ruszył za nim, jeszcze moment a zgubiłby go z oczu. Nie robiąc zbędnego hałasu biegli ku klatce schodowej, jednak jeszcze dobrze nie otworzyli drzwi a już można było usłyszeć głośny huk, jak gdyby stado bizonów biegło po metalowych stopniach. – Tędy nie damy rady, zawracaj szybko.

Tom nie zadawał pytań, wiedział, że każde może kosztować utratę wolności. Biegli korytarzem jak najdalej od wejścia na klatkę schodową. Z pokoju wyszła jakaś sprzątaczką pchając przed sobą niewielki wózek ze środkami czystości, Uriel nie zdążył wyhamować, uchylił się trochę przyklejając ciało do ściany niczym zwinny pająk a mimo to potrącił metalowy wózek. Wszystkie plastikowe pojemniki upadły na ziemię a miotły wylądowały na głowie zdezorientowanej kobiety. Nie miała czasu nawet ich ściągnąć, ponieważ pędzący Tom nie miał zamiaru się uchylać, nie dziś, pruł przed siebie niczym walec wpychając kobietę z powrotem do pokoju.

– Co teraz? – Krzyczał zdyszany Tom. – Co teraz?

– A skąd mam wiedzieć, nie jestem wróżką, najważniejsze jednak to pozostawać w ciągłym ruchu.

– To nie bieżnia. – Warknął sceptycznie Kraver nadal biegnąc za Urielem, który z kolei biegł na oślep.

Syreny ucichły, obaj wiedzieli, że co najmniej połowa agentów w tym momencie przeczesywała każde piętro hotelu, a druga połowa obstawiała wszystkie możliwe wyjścia.

– Winda, dawaj do windy. – Rzucił Uriel.

Podbiegli wymijając kilku turystów, Uriel zaczął walić pięścią po przyciskach, myślał, że im mocniej uderzy tym szybciej winda podjedzie na ich kondygnację. To jednak nic nie dało prócz dziwnych spojrzeń i ironicznego śmiechu wielu osób stojących obok. Sekundy mijały, a wraz z nimi uciekała wolność sącząca się niczym piasek w klepsydrze, pozornie wolno a jednak nieuchronnie. Kiedy wreszcie upragniona karoca dojechała na miejsce a drzwi stanęły otworem, fala ludzi wcisnęła Toma i Uriela do windy.

– Z tymi ludźmi na sam dół będziemy zjeżdżać z pół wieku.

– Serio, co ty nie powiesz. – Tom był już mocno poirytowany sposobem działania Uriela, to nie było działanie to był totalny chaos.

Wszystkie osoby w windzie dziwnie sapały spoglądając po sobie jak gdyby pierwszy raz w życiu widziały innych ludzi. A każdy, co chwile naciskał przycisk z cyfrą odpowiadającą piętrom hotelowym.

– W windzie jest bomba, a ja zaraz ją zdetonuję. – Cała sytuacja wyglądała niczym kurs szybkiego wykrywania terrorystów. Wszyscy popatrzyli na Toma, początkowo myśleli, że żartuje, w końcu to ksiądz, przynajmniej tak jest ubrany, ale gdy zobaczyli łzy na twarzy Uriela, który podłapał temat rozpoczynając lamentacje, jaki to on jest młody i nie chce umierać, wszyscy popadli w panikę do tego stopnia, że winda zaczęła dygotać we wszystkie strony. Przy następnym przystanku została opuszczona przez wszystkich z wyjątkiem Toma i Uriela, którzy pierwszy raz uśmiechnęli się do siebie jadąc prosto do piwnic hotelowych.

Było ciemno, nie tak bardzo, ale jednak wystarczająco by niepostrzeżenie dotrzeć do wyjścia ewakuacyjnego a później prosto do wyjazdu dla personelu.

– Trzymaj głowę nisko i nic nie mów. – Doradzał Uriel.

– A mogę, chociaż oddychać. – Zaprotestował Tom oglądając się we wszystkie strony, czy aby za moment ktoś nie krzyknie stać policja albo ręce do góry, bo strzelam. Całe szczęście na razie wszystko szło jak po maśle, nieźle sobie radzimy, pomyślał Tom, by za moment dodać, nie jestem uciekinierem tylko księdzem na litość boską. – Daleko jeszcze?

– Nie wiem. – Uriel mówił po części do siebie a po części do wspólnika. – Te piwnice są chyba większe od tego hotelu.

Rzeczywiście kolumny podpierające sklepienie ciągnęły się w kilku szeregach na tak długie odległości, że końca nie było widać, tylko mrok i masę samochodów.

– Wiem, co zrobimy, ukradniemy jeden z tych wozów, widziałem jak to robią na filmach, szybko i po bólu.

– Kraver oszalałeś? Równie dobrze możesz podnieść rączki i dać się zapuszkować. Odjedziemy spokojnie taksówką, przed każdym hotelem stoi ich cała masa, jedyne, co musimy zrobić to dotrzeć do jednej z nich. – Plan był prosty, za prosty. Ale plan to wciąż plan, może akurat wypali. Jak do tej pory szczęścia im nie brakowało. Nagle głośny huk sparaliżował na moment uciekinierów.

– Jasna cholera! – Dwa słowa przebiły ciszę.

– Co ty znów robisz. – Zapytał poirytowany Uriel.

– Uderzyłem głową o lusterko tego złoma. – Narzekał Tom jednocześnie pocierając obolałe miejsce. – Ale dziękuję za zainteresowanie Kościół nie zapomni twoich zasług.

– Weź się w garść i nie klnij, czy aby nie tego uczą was na obozach szkoleniowych zwanych seminariami?

– Tak, ale nie uczą nas uciekania przed policją i Bóg wie, kim jeszcze. Jestem księdzem nie komandosem.

Po krótkiej wymianie zdań dotarli wreszcie do wyjścia, cała okolica została otoczona przez biało niebieskie radiowozy. Jedyne, co mogło pocieszyć to widok jednej taksówki stojącej na podjeździe.

– Chodź musimy do niej podejść. – Powiedział Uriel wskazując palcem ostatnią deskę ratunku.

– Podejść? Ciekawe jak zamierzasz przejść pod nosem policjantów kilkadziesiąt metrów.

– Nie marudź, jak chcesz to tu zostań, ja nie mam zamiaru iść do więzienia. – Uriel ruszył nisko pochylony nad ziemią.

– Uriel… Uriel… Niech to szlak… – Tom ruszył po śladach towarzysza. Był tak spocony, że gdyby w pobliżu był jakiś pies to wyczułby go ze stu metrów. Krok po korku, nie spieszyli się, każdy fałszywy ruch prowadził wprost do więzienia albo do kostnicy, kulka w tylną część głowy skutecznie kończy życie. – I co teraz Einsteinie? – Kraver przykucnął za plecami Uriela, który stał tuż za plecami policjanta. Nie mogli iść dalej, ale też nie mogli zawrócić. Coś trzeba było zrobić. Ale co? Nagle Tom zauważył jak Uriel wyciąga z kieszeni mały nożyk, ostrze zabłysło złowrogim blaskiem. Uriel wahał się, nie chciał już nikogo zabijać, nie po to wszedł na nową drogę, ale teraz nie miał wyjścia, albo to zrobi albo to koniec. Tom panicznie kiwał głową, chciał powstrzymać wspólnika, ten jednak podjął decyzję. Podniósł nóż, wykonał zamach i natarł z całej mocy.

– Watkins odbiór. – Krótkofalówka niespodziewanie ożyła. – Watkins odezwij się.

– Tu Watkins, o co chodzi?

W ostatniej chwili ostrze zatrzymało się w odległości kilku milimetrów od szyi nieświadomego policjanta. Tom odetchnął głęboko a wraz z nim Uriel. Pierwszy, dlatego że nie musiał oglądać strasznej zborni a drugi, dlatego że nie musiał zabijać, przynajmniej na razie.

– To nasza okazja.

– Jaka okazja? – Tom nie zdążył dokończyć zdania, kiedy Uriel powoli przeciskając się za plecami rozmawiającego policjanta ruszył w stronę jedynej taksówki. To było dziesięć, może dwadzieścia metrów, a jednak wydawało się, że idą godzinami przemierzając kilometry. Każdy krok mógł być ostatni, a każde spojrzenie mogło napotkać spojrzenie któregoś z funkcjonariuszy węszących po okolicy niczym stado hien, gotowych zaatakować bez większego pretekstu.

– Lepiej żeby ktoś siedział w tej taksówce, bo jeżeli nie ona to pozostaje nam już tylko suka. – Uriel siedział już nie raz i nie dwa w radiowozie policyjnym, wiedział jak go prowadzić.

Ku ich zaskoczeniu nie było nikogo, samochód stał pusty a drzwi były zamknięte, do tego ktoś szedł w ich kierunku. Pozostało im kilkadziesiąt sekund, mogli liczyć jedynie na cud.

– Nie masz czasem czapki niewidki, a najlepiej dwóch? – Tom panicznie patrzył to na zamknięte drzwi to na towarzysza.

– Nie, ale za to mam latający dywan, a dla ciebie sutannę batmana pasuje Ci?

Ale w tym momencie nic nie pasowało. Miejsce, czas, ludzie i okoliczności, nic się nie zgadzało. To jakaś totalna psychoza, w której trzeba odnaleźć drogę. Stali tak na przeciw siebie coraz mocniej przegadując jeden drugiego.

– Hej, co wy robicie, nie dacie pospać starszemu człowiekowi? – Szorstki głos dobiegł z za odsuwającej się szyby żółtej taksówki. Wszyscy trzej mieli podobne miny. Zapanowała Cisza. Długa cisza.

– No, więc, o co chodzi? – Dopytywał taryfiarz.

– Tak, prosimy do centrum, ale już! – Kraver wskoczył na tylne siedzenie ciągnąc za sobą jeszcze przyćmionego Uriela, który nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Jak to możliwe, że nie zauważył śpiącego staruszka. Zbawienie było tak blisko. Jesteśmy uratowani pomyślał Uriel.

– To nie możliwe. – Taksówkarz odparł krótko, patrząc kontem oka w lusterko. Coś na kształt kamienia uderzyło Uriela w głowie, budząc go całkowicie z błogostanu prawie udanej ucieczki.

– Jak to nie możliwe, co nie możliwe? Jedź starcze albo ja pojadę, wybieraj.

– Synku musiałbyś najpierw poradzić sobie z tą kratą, która dzieli mnie od ciebie, i nie żebym cię nie doceniał, ale nie masz szans. – Staruszek cicho zachichotał, widać nie zależało mu na ewentualnym ataku a i nawet utracie życia.

Tego już za wiele. Uparci starcy zaopatrzeni w kraty obronne? I jak tu nie oszaleć, pomyślał Uriel.

– Nie zawiozę was, policja węszy, coś tu nie gra, nie będę ryzykował. – Taksówkarz ponownie powrócił do pozycji z przed kilku chwil, chciał zasnąć, w jego wieku potrzebował dużo, dużo snu.

– Zapłacę poczwórnie w dolarach. – Kilka zielonych banknotów poleciało z rąk Toma przez niewielkie otwory w kracie.

– Synku trzeba było tak od razu. – Staruszek ożywił się, niczym po zażyciu niewidzialnej dawki leków wspomagających. – W prawdzie rano trochę popiłem i nadal ma zawroty głowy, ale dam radę. – Taksówkarz ruszył śmiejąc się sam do siebie, był dumny z zarobionych pieniędzy.

– Do centrum, do centrum! – Krzyczał Kraver.

Taksówka szybko nabrała prędkości opuszczając plac przed hotelem. Udało się, uciekli. Daleko jednak nie ujechali, pół kilometra od hotelu stała blokada.

– Cholera zablokowali drogę. – Staruszkowi zaczęły sztywnieć ręce, mocniej złapał kierownicę, nie chciał jej czasem puścić.

– Na pewno nie tylko tą. – Tom nie był zbiegiem z wykształcenia, ale wiedział, co to jest standardowa procedura. Ku jego zdziwieniu na starszym taksówkarzu to nie zrobiło żadnego wrażenia. Jeszcze mocniej wcisnął pedał gazu jadąc wprost na blokadę złożoną z trzech radiowozów.

– Bez obaw moi mili, za te pieniądze przejadę moją taksówką nawet przez morze. – Szaleństwo dolarów całkowicie opętało taryfiarza, był gotów na wszystko.

– Brakowało nam jeszcze naszego prywatnego Mojżesza. – Tom spojrzał w kierunku oszołomionego Uriela.

To nie mogło się powieść. Przed blokadą leżała rozciągnięta po całej szerokości jezdni ostra kolczatka. Weszła w opony jak w masło. Staruszek stracił kontrolę nad pojazdem lądując w pobliskich krzakach. To nic, że całą trójkę cos bolało, Tom spojrzał Urielowi prosto w oczy mówiąc.

– Mówiłem żeby ukraść samochód. – Uriel spuścił oczy wyraźnie upokorzony. Pośród kilku jęków bólu w taksówce dało się już tylko słyszeć głos dobiegający z radiostacji. Czwórka odbiór, starsza para prosi o transport na dzień seniora, odbiór. W taki sposób dobiegła końca brawurowa ucieczka.

***

A teraz Tom Kraver siedział nadal na twardej ławce. Ból pośladków, lewego barku i licznych stłuczeń nie dawał wytchnienia. Uriel dalej był obok, wiecznie zamyślony. Dwóch przyszłych skazańców czekało aż ktoś przyjdzie i zada pierwsze pytania, z góry jednak wiedzieli, że policja nie uwierzy w ich niewinność, bo przecież każdy, kto tutaj trafia jest niewinny.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.