Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.37- Wiedzą zbyt wiele «muszą zginąć».



– Witam panowie, mieliśmy umówione spotkanie. Wybaczcie, że w tak nie fortunnych okolicznościach, ale wiecie jak jest, życie bywa nieprzewidywalne.

Wszedł do pomieszczenia zamykając drzwi. Odsunął metalowe krzesło, którego skrzypiące nogi tarły mocno o podłogę. Mógł wreszcie spojrzeć głęboko w oczy dwóch zdezorientowanych podejrzanych.

– Nie musicie wstawać, pozwólcie, że usiądę, od dwóch dni jestem cały czas na nogach a to męczące, wierzcie mi, śmiertelnie męczące. – Uśmiechnął się puszczając oczko. Jednak nikt nie miał zamiaru wstawać, było by to dość ciężkie zważywszy, że obaj podejrzani mieli nogi skute grubymi łańcuchami. – Przejdę od razu do rzeczy i wyjaśnię w jak głębokie i śmierdzące gówno wdepnęliście, mało tego toniecie w nim.

Czas na show time dwulicowej perswazji i licytacji na słowa, pomyślał Uriel. Wspaniale, nie mam biletów a jednak musze w tym uczestniczyć, kolejny raz zadziałała siła wyższa.

– Uciekliście z miejsca zbrodni. – Kontynuował nowo przybyły gość. – Zabiliście tego biednego starego księdza myśląc, że ujdzie wam to płazem. Myliliście się, za ucieczkę z miejsca zbrodni i morderstwo grozi wam udupienie na całe lata. Więc albo zaczniecie mówić prawdę albo szykujcie się na spotkanie z rzeczywistością penitencjarną.

W pokoju przesłuchań panowała cisza, jedynie w głowach Toma i Uriela brzmiały jeszcze słowa rzeczywistość penitencjarna. Co dziwne, to jedyne, co zapamiętali z długiej wypowiedzi wysokiego i mocno zbudowanego faceta w czerni.

– Cóż za odpicowane ubranie, typowy leszcz. – Burknął Uriel, poprawiając łańcuch u nogi. – Cholerne łańcuchy, czuje się jak krowa na pastwisku.

– Nazywam się Peter Wage. – Nieznajomy wyciągnął fałszywą legitymację, machając nią jak flagą w dniu niepodległości. – Więc jeżeli nie chcecie bym skopał wam dupy moją federalną nogą to zacznijcie współpracować, nie ma innej optymistycznej drogi, rozumiecie? Albo to albo dożywotni pobyt w czterech ścianach celi.

Tom powoli zaczął myśleć, że może rzeczywiście czas sięgnąć po odsiecz, wytłumaczyć, w jakiej sytuacji się znaleźli i co grozi ludziom na całym świecie. Totalna hegemonia ogarniająca naszą planetę. To znaczy nie do końca był tego pewien, ale coś w tym rodzaju. Nie, jednak to nie zabrzmi zbyt dobrze, pomyślał.

– Nie odegram przed wami dobrego i złego glinę, obecnie jestem jeszcze dobry, ale za moment będę już mniej dobry, a za kolejny moment strzelę wam między oczy. – Szyderczy śmiech wypełnił pomieszczenie. – Niech ktoś mi kurwa wytłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi.

Tom spojrzał Urielowi prosto w oczy, jednak ten najwyraźniej nie miał ochoty na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Trudno, sam będzie musiał coś powiedzieć, bo rzeczywiście milczenie nic tu nie pomoże.

– No, więc jakby to ująć. – Zaczął szorstkim głosem. – Musi mieć pan otwarty umysł na to, co zaraz usłyszy. – Urwał na moment. To, co miał teraz powiedzieć było bezapelacyjnie najistotniejsze. – Tak naprawdę jesteśmy niewinni.

Peter Wage wybuchnął gromkim śmiechem. Wręcz nawet zakrztusił się własną śliną.

– Ha…Ha… Serio, co ty nie powiesz Kraver? Ha… Ha… – Minęła chwila nim Peter opanował szczery napad śmiechu, był to paradoks, ponieważ tylko on na tym posterunku wiedział, że faktycznie byli nie winni w końcu to on był winny, nie mógł się nacieszyć zaistniałą sytuacją. Co za pogmatwana maniana, pomyślał.

– Naprawdę jesteśmy nie winni, to jakaś zupełna paranoja. – Tom upierał się przy swoim.

– Wiem Kraver, że jesteście nie winni, jednak powiedzcie coś więcej, pokażcie prawdziwe zaangażowanie, łzawe historyjki o niewinności to za mało.

Tom szybko przeanalizował myśli napływające do jego głowy. Podjął decyzję, informacje o spotkaniu Uriela i szczegóły związane ze spiskiem i tajnymi organizacjami pominie. Tak będzie lepiej dla każdego. Dla jego słabych i skołatanych nerwów również.

– Antonio Mazar został zamordowany, ponieważ skontaktował się ze mną i wyjawił tajne informacje. – Tom zmarszczył czoło. – Komuś było to nie na rękę.

– Antonio Mazar był księdzem i co gorsza ważną osobistością. – Wyjaśnił Peter. – Watykan żąda szybkiego wyjaśnienia tej sprawy. Kraver nie boje się iść do piekła, boje się jedynie kilku facetów w kolorowych czepkach na głowie i ich decyzji. Nie będę zadzierał z Watykanem, dlatego przestań pieprzyć ogólnikowo, chcę konkretów, rozumiesz, konkretów! – Mocne pięści agenta waliły o blat ledwo trzymającego się w całości stołu. Peter Wage szybko opanował emocje uświadamiając sobie, że nadmierne hałasy mogą ściągnąć kogoś, kto odkryje nielegalność całego przedstawienia, które zaaranżował dla własnych potrzeb. Musi wybadać, jaką wiedzą dysponuje Kraver i jego towarzysz. Oczywiście na końcu zabije Kravera i być może Uriela, jednak wcześniej jego obowiązkiem jest skontrolowanie myśli obu panów.

– Chodzi o Nikola Teslę, projekt HAARP i jakiś globalny spisek mający na celu wywołać wydarzenie sięgające całej planety. – Tom nie wiedział, jakiej reakcji oczekiwać, w końcu nie powiedział zbyt wiele.

To dużo. Pomyślał agent, wie zbyt dużo, ciekawe ile dowiedział się od Antonia a ile od Uriela. To jednak nie miało znaczenia, Kraver musiał odejść, odejść na drugi świat, i to najlepiej jak najszybciej.

– Jeszcze jedna rzecz. – Peter z wolna dobiegał do finału całego przesłuchania. – Komuś jeszcze mówiliście o tym?

Tom zdziwił się, że tak szybko agent FBI uwierzył w jego niecodzienną opowieść, której on sam jeszcze do końca nie ogarniał. I na koniec jedyne pytanie, na jakie było go stać, to pytanie czy ktoś o tym jeszcze wie? Dziwne, pomyślał Kraver.

Uriel w przeciwieństwie do Toma już wiedział, co jest grane. Podniósł głowę patrząc wnikliwie w oczy FBI, był pewien, to nie jest agent, to morderca Antonia a być może i w niedługim czasie jego oraz Kravera. Ku zdziwieniu całej trójki do pokoju wszedł młody policjant nieświadomie podnosząc wszystkim ciśnienie. Sytuacja była napięta to granic możliwości. Jedna i ta sama myśl przebiegła po głowie Toma i Uriela, coś zaraz pęknie.

– To morderca, zatrzymajcie go, chce nas zabić! – Krzyczał Uriel. – Nie pozwólcie mu opuścić posterunku!

– Nie jest tym, za kogo się podaje! – Entuzjastycznie wtórował Tom.

Policjant spojrzał na dzikie spojrzenia obu podejrzanych. Ci z FBI muszą mieć świetne techniki przesłuchań, pomyślał.

– Panie Wage przysyła mnie komendant. Wzywa pana do siebie. Proszę pójść zemną.

Tom i Uriel z ulga przyjęli właśnie zasłyszaną informację, w końcu jakieś powodzenie, jesteśmy bezpieczni.

Agent specjalny Peter Wage wstał od stołu zapinając dolne guziki płaszcza.

– Oczywiście proszę prowadzić. – Spokojnie uśmiechnął się ruszając za młodym policjantem w momencie, gdy Tom jeszcze krzyczał.

– I proszę go tu więcej nie wpuszczać, to morderca słyszysz, morderca.

Peter Wage wyciągnął małą ciemną broń zaopatrzoną w tłumik, przyłożył delikatnie do potylicy policjanta naciskając spust. Krew i fragmenty mózgu rozbryznęły się po sali przesłuchań a martwe ciało funkcjonariusza upadło na podłogę niczym worek ziemniaków. Szybko i bez dłuższego namysłu zamknął szczelnie drzwi, zawlekając zwłoki denata do rogu pokoju.

– Widzicie, co narobiliście? – Bez cienia emocji spojrzał na oszołomionego Toma i Uriela, jednocześnie wycierając resztki krwi z broni. – Przez was musiałem go zabić, być może miał rodzinę i dzieci, cóż za strata.

To nie tylko morderca, ale i szaleniec. Dla Toma sprawa była jasna. Stoją oko w oko z psychopatycznym mordercą Antonia.

– Mógłbym was zabić teraz na miejscu, jednak kilka spraw należy jeszcze wyjaśnić. – Podrapał się po czole lufą od pistoletu, po czym dodał. – No i jakby nie patrzył potrzebuję zakładników. Ruszajcie się! – Podszedł do obu przykładając tłumik blisko dwóch łańcuchów, jeden strzał i opady na ziemię. Teraz Tom szedł u boku Uriela a za nimi kroczyła śmierć. Co teraz z nami będzie? Jednak jedyne, co mógł zrobić to powiedzieć krótkie zdanie do Uriela.

– Masz kawałek mózgu policjanta na ramieniu.

Napięcie, jakie towarzyszyło Tomowi w czasie wykonywania kolejnych kroków wydawało się obce fałszywemu agentowi, który z uśmiechem i dużą pewnością siebie prowadził dwójkę podejrzanych. Co to za człowiek, pomyślał Tom, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem potrafi zachować opanowanie w takiej sytuacji? Były dwie opcje. Pierwsza robił to wiele razy, opcja druga, to nie był człowiek, ale maszyna w ludzkim ciele. Wiedział, że jeżeli czegoś nie zrobią to po wyjściu z posterunku będzie po nich. To ostatnia szansa uratowania własnej skóry.

Spoglądał za siebie, chcąc dostrzec jakiś słaby punkt pana FBI, ku jego rozgoryczeniu nic nie znajdywał prócz wycelowanej lufy pistoletu. Mocno trącił bok Uriela chcąc zmotywować go do jakiegoś działania, ten jednak tylko spokojnie spojrzał na Toma, widocznie miał swój plan, prawdopodobnie chciał coś zrobić, ale dopiero po wyjściu z posterunku.

Uriel rzeczywiście miał inne podejście do sprawy, bardziej praktyczne. Skoro już poszli na dno tej gównianej sytuacji to, czemu nie. Pan FBI wyprowadzi ich z posterunku a później sajonara. Oczywiście, jeżeli będzie to możliwe, pomyślał spoglądając z ukosa na ciemny pistolet naładowany po brzegi śmiercionośnym ładunkiem, gotowym splunąć w każdej chwili.

W ten o to sposób trzech muszkieterów podążało w jednym kierunku a każdy miał swój oddzielny plan. Jedyne, co łączyło całą trójkę to chęć zachowania własnego życia, przetrwanie do samego końca a nie będzie to łatwe, na pewno nie dla wszystkich. Statystycznie i matematycznie było to niemożliwe. Ktoś musi zginać, by ktoś inny mógł przeżyć. Ale jak to zrobić by zginął on a nie my, jak oszukać nieuchronne przeznaczenie? Zastanawiał się Uriel.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.