Bractwo Apokalipsy Ks.I Roz.38- I nie mówcie, że nie dałem wam szansy.

Udostępnij


– Nie tędy, skręcamy w prawo. – Poklepał obu pistoletem, motywując do posłuszeństwa. – Chyba nie myśleliście, że wyjdziemy głównym wyjściem.

Korytarz prowadzący do wyjścia awaryjnego był jak na razie pusty. Tom jak nigdy wcześniej, akurat w tej chwili z chęcią spotkałby jakiegoś policjanta a najlepiej cały oddział, jednak jedyne, co napotykali to kolejne tabliczki ze strzałkami kierujące wprost na tyły budynku policji. Zbliżali się już do drzwi wyjściowych, wszystko przebiegało nadzwyczaj dobrze, aż za dobrze, pomyślał Peter, a co tam przecież narzekał nie będę na sporą nadwyżkę dobrej passy.

– Szybciej, szybciej panowie. – Ponaglał dwójkę podopiecznych. – Karoca czeka na zewnątrz.

– Karoca, raczej karawan pogrzebowy. – Tom skwitował krótko sarkazm pana z FBI, nie lubił, gdy ktoś robił z niego durnia.

Ku zaskoczeniu wszystkich, drzwi ewakuacyjne otwarły się ukazując sylwetki dwóch wracających z patrolu funkcjonariuszy. Jeden wyraźnie dominował nad drugim, wydawał rozkazy i nie żałował ostrych słów pod adresem niższego stopniem kolegi. Kolejne dwa chodzące problemy, pomyślał Peter nie zwalniając kroku. Wiedział, że trzeba działać spokojnie a w sytuacji skrajnej bez zawahania i skrupułów.

– Panowie. –    Przemówił szeptem do Toma i Uriela. – Jedno słowo a ci dwaj funkcjonariusze zginą. Wiecie, że jestem do tego zdolny. Nie robi mi różnicy czy zabije jednego czy trzech policjantów na dobę.

Tom zdawał sobie doskonale sprawę, że to nie blef. A on jako ksiądz nie zaryzykuje życia bliźniego tylko po to by ratować swoje. Jedyną niepewność stanowiło zachowanie Uriela, który jeszcze do niedawna był takim samym draniem jak człowiek prowadzący ich obu na muszce. Krople potu wystąpiły na czole Toma powoli łącząc się i zlewając po twarzy. Czuł smak soli w ustach. Lepsze to niż smak krwi, pomyślał. Obie grupki nieodwołalnie zbliżały się do siebie. Niepewne spojrzenia popłynęły z obu stron, tylko Peter zachował nadzwyczajną samokontrolę.

– Czołem Panowie. – Zagadnął jako pierwszy do policjantów.

– Witamy. – Odpowiedzieli niepewnie, niczym dzieci w szkolnej ławce wywołane do odpowiedzi.

Korytarz był wąski a pięć osób to duża liczba, dlatego teraz Uriel szedł przodem za nim Tom a na końcu łańcuszka podążało oko FBI. W momencie wymijania Peter na moment schował do rękawa pistolet. Wolał nie prowokować, nie dziś, może następnym razem. Tom otarł rękawem pot z czoła zalewający nie miłosiernie oczy. Nie sądził, że jego organizm jest zdolny do tak obfitego wydzielania potu w tak krótkim czasie. Jeszcze chwila a się od wodnie, pomyślał mrugając nerwowo oczami. Uriel chwytał już za klamkę od drzwi wyjściowych, kiedy z za ich pleców dobiegło niespodziewane pytanie. Pytanie, które lepiej by nie padło nigdy.

– Co zrobił ten ksiądz, za dużo zebrał podczas niedzielnej mszy? – Żartowali policjanci. – I dlaczego się tak poci, jest jakiś chory?

Peter zignorował policjantów, dam im szanse, pomyślał, kolejne dwa trupy to zbyteczność. Uriel wyszedł na zewnątrz, Tom przechodził przez próg, kiedy padły kolejne słowa.

– Hej kolego! To, że masz krawat, święcące buciki i ubiór pingwina nie znaczy, że będziesz mnie ignorował, słyszysz? – Zawołał rozzłoszczony funkcjonariusz.

Agent FBI przystanął, przez chwilę stojąc plecami do obu policjantów. Sylwetkę miał lekko przygarbioną, a obie ręce wyciągnięte przed siebie. Tom odwrócił głowę by spojrzeć w twarz agenta, ta niczym z marmuru nie drgnęła ani razu a dwoje oczu przybrało formę małych spodeczków.

– Co jest, odebrało ci mowę? – Ciągnęli policjanci z wyraźną satysfakcją. – Po za tym, to jest wyjście tylko dla policji, nie dla urzędników agencji państwowych, do tego zagranicznych, nie potrzebujemy we Włoszech FBI.

Peter Wage powoli odwrócił się w ich stronę. Podnosząc głowę niczym działko szturmowe. Spojrzał głęboko w oczy kolejnych potencjalnych ofiar.

– Po co wam to było? – Zapytał z lekką troską w głosie. – Mogliście odejść w spokoju. Nie mówcie, że nie dałem wam szansy.

– To nie muzeum, ale komisariat policji. – Warknął jeden z funkcjonariuszy. – Nie można chodzić sobie gdzie się chce i z kim się chce.

Peter Głośno westchnął i spoglądając w oczy Toma cicho powiedział.

– Ojczulku możesz już udzielać tym dwu ostatniego namaszczenia, właśnie załatwili sobie bilet na drugą stronę. – Nim Tom zdążył zrozumieć, o co chodzi, agent FBI oddał dwa szybkie strzały w kierunku policjantów, obaj zrobili piruet wokół własnej osi padając na ścianę a następnie na podłogę, niczym dwa worki ziemniaków. Peter podszedł do dwóch martwych funkcjonariuszy, nogą poruszał bezwładne ciała wymierzając każdemu po jeszcze jednej kulce, tym razem prosto w serce. – To dla pewności by cudownie nie ozdrowieli. – Chichotał spoglądając w stronę Toma i Uriela. – A teraz ruchy, szybko do wyjścia, nie mamy całej wieczności, zaraz nadciągnie stado wygłodniałych psów.

– Nigdzie z tobą nie idę, możesz mnie pocałować gdzieś, nie będę słuchał psychopatycznego mordercy. – Tom ruszył w stronę agenta, nie wiedział jeszcze, po co i dlaczego, jednak adrenalina zrobiła swoje pobudzając do działania, emocje wzięły górę nad rozsądkiem.

– Mamy mały bunt w drużynie. – Peter wycelował prosto w Uriela, strzelając mu w kolano. – Ciebie może nie zabiję, ale jego tak.

Tom z przerażeniem spojrzał na wijącego się z bólu Uriela, który przeklinał coś pod nosem. Krew z przestrzelonego kolana zaczęła tworzyć ciemną plamę na jasnej podłodze.

– Nie musiałeś tego robić! – Tom krzyczał, próbując zatamować krew, jednak mocny ucisk był daremny, po chwili sam cały był we krwi.

– A właśnie, że musiałem. Z wami nie można inaczej, już to zauważyłem, tylko siłą i przemocą mogę do was dotrzeć.

– Stać, ani kroku więcej! – Po drugiej stronie korytarza grupka funkcjonariuszy, zwabiona głośnymi okrzykami, uformowała niewielką figurę będącą namiastką szyku bojowego, wszyscy znieruchomieli celując w stronę członków dziwnego zajścia. To, co zobaczyli przeszło wszelkie wyobrażenia. Dwóch funkcjonariuszy leżało we własnej krwi, bez ruchu, bez słowa, dwa trupy nic więcej. Dalej stał wysoki i mocno zbudowany agent FBI, u jego stóp jakiś ksiądz ubabrany krwią krzyczał coś wymachując rękoma nad ciałem innego człowieka, który zwijając się z bólu trzymał własne kolano.

– Co tu się kurwa dzieje! – Krzyczeli, co jeden to głośniej. – Na kolana, ręce do góry!

Co jeszcze, pomyślał Peter, może gwardia papieska tu przybędzie? Sięgnął szybko do kieszeni wyciągając granat. Odjął zawleczkę rzucając małe draństwo w stronę krzyczących funkcjonariuszy. Padły strzały. Po chwili wszystko ucichło w obliczu wybuchu. Na tak małej przestrzeni siła odczuwalna eksplozji była znacznie większa niż na otwartym terenie. Ściany posypały się, sufit runął na głowę całej trójki grzebiąc wszystkich pod stosem zwalonego gruzu. Czy to koniec, nie żyję? Dociekał Tom.

Nie widział nic prócz zalegającej ciemności, do tego ten nieznośny ból przeszywający całe ciało. Dlaczego nie widzę tunelu a na jego końcu światła? Może to były tylko propagandowe kłamstwa. Gdzie ja jestem? Miał trudności z oddychaniem, pył wypełnił powietrze, nie dało się normalnie oddychać. Nagle coś wyciągnęło go do światła, to musi być ręka Boga, pomyślał, jednak ku jego zdziwieniu to agent FBI wlekł Toma ku wyjściu. Teraz leżał oparty o spękaną ścianę, obok w równie ciężkim stanie Uriel próbował powrócić do rzeczywistości.

– Szybko wstawaj! – Głos Agenta także był wyraźnie nadszarpnięty, trzymał się za ramię próbując zatamować wypływającą krew z rany postrzałowej.

Dobrze ci tak, pomyślał Tom spoglądając jednocześnie na swoje ciało, czy aby czasem sam nie jest podziurawiony.

– Wstawaj powiedziałem, albo to miejsce będzie twoim grobem! – Warczał niczym rozwścieczony pies.

Tom z wolna stanął na nogach, obmacując kurczowo ścianę, nie chciał stracić równowagi. Umysł krok po kroku materializował sytuację, zawroty powoli mijały a ból osłabł.

– Bierz go i idziemy. – Już nieco spokojniej, Peter począł wydawać kolejne polecenia.

– Kogo mam brać? – Zapytał zdziwiony Tom.

– Swojego kolegę, nie widzisz, że nie może chodzić. Zarzuć go na plecy i jazda.

Tom spojrzał na Uriela. Był cały we własnej krwi, jeżeli tu zostanie to umrze. Popatrzył jeszcze raz na bezlitosnego agenta później na Uriela, pokręcił głową.

– Niech to szlak. – Złapał Uriela za ramiona, niezdarnie zarzucając ciężkie ciało na własne barki. – Ile ty ważysz, co ty jesz człowieku? – Zapytał, jednak nie otrzymał odpowiedzi. Teraz pod naporem nieprzewidzianego balastu Tom kroczył na ugiętych nogach z Urielem na plecach a za nimi kuśtykał Peter cały czas trzymając broń wycelowaną prosto przed siebie.

– Do tego samochodu, jest otwarte wsiadajcie.

Czarne Audi wydawało się miłym i komfortowym środkiem transportu. Wsiedli na tylne siedzenie, drzwi trzasnęły, nie było odwrotu, musieli jakoś się stąd wydostać, w końcu wysadzili pół posterunku.

Peter Wage usiadł za kółkiem, przekręcił kluczyk, silnik zawył a włączone radio zaczęło grać akurat puszczany kawałek zespołu Nickelback- bottoms up. Wcisnął gaz do dechy, koła zaryły w żwirze a auto wystrzeliło, pozostawiając za sobą chmurę kurzu i pyłu. Nie spoglądając za siebie, jechali byleby jak najdalej stąd.

Hey!

Who’s comin’ with me to kick a hole in the sky?

I love the whiskey, let’s drink that shit till it’s dry.

So grab a Jim Beam, J.D., whatever you need.

Have a shot from the bottle, doesn’t matter to me.

Słowa piosenki idealnie pasowały do zaistniałej sytuacji, pomyślał Tom. Szlify gitarowe i szorstki głos wokalisty to było idealne tło dla tego całego bajzlu.

Jakimś cudem uciekli z posterunku, na razie byli teoretycznie wolni, trafili tylko pod kuratele jakiegoś tajnego świra. Jak się go pozbyć, rozmyślał Tom, nie mogąc nic wymyślić oparł głowę o fotel, chciał trochę dychnąć. Obok Uriel cicho pojękiwał trzymając obie dłonie na roztrzaskanym kolanie, spojrzenie miał mętne i przepełnione bólem. Przy każdym kolejnym poślizgu wszyscy przechylali się to w lewo to w prawo, odczuwając przy tym każdą kość swojego ciała.

– Nie można wolniej, chcesz nas zabić? – Nim Tom zrozumiał, że wypowiedziane zdanie jest dość nie fortunne, usłyszał szybką odpowiedź kierowcy.

– Spokojnie, to jeszcze nie wasza godzina. Wiem doskonale, kiedy was rozstrzelać. – Peter Wage spojrzał w lusterko na swoich podopiecznych i na stan, w jakim się znajdowali, nie chciałby wywinęli mu jakąś niespodziankę. – Tom musisz mi jeszcze opowiedzieć, o zawartości małej koperty, jaką Antonio pozostawił dla ciebie.

No tak koperta, Tom całkowicie o niej zapomniał. Ale skąd agent o niej wiedział? Dobrze, chociaż że jest bezpieczna w sejfie policyjnym przeznaczonym na dowody rzeczowe. Nigdy jej nie dostaniesz, pomyślał.

Peter Wage ponownie spojrzał na twarz Toma, odbijającą się w lusterku wstecznym.

– Kraver koperta jest pod fotelem, przed przyjściem do pokoju przesłuchań zapytałem o dowody, i nie uwierzysz, co mi dali. – Uśmiechnął się pokazując rząd białych zębów. – Białą kopertę, niewielką białą kopertę.

Tom sięgnął pod fotel, od razu wyczuł coś cienkiego, złapał w dwa palce wyciągając z pod siedzenia. Pięknie, pomyślał, ma wszystko, czym dysponowali. Już chyba gorzej być nie może. Nagle gwałtownie zarzuciło przodem Audi A6, szyby posypały się do środka. Peter uderzył głową o kierownicę całkowicie tracąc kontrolę nad pędzącym pojazdem. Kilka koziołków i wylądowali na pobliskich stołach baru szybkiej obsługi.

Samochód stał na dachu, z silnika i podwozia wydobywały się dym i para. Usłyszeli jak przez mgłę pisk opon innego samochodu, przystającego tuż obok. Ktoś wyciągnął najpierw Toma a później Uriela z płonącego Audi, wrzucając na tylne siedzenie innego pojazdu. Nie zdążyli o nic zapytać, kierowca ruszył z piskiem opon pozostawiając za sobą masę oszołomionych ludzi i gorejące Audi, które po kilkunastu sekundach wybuchło, pogrążając okolicę w czarnym dymie.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.