Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.13- Trwanie ziemi kiedyś dobiegnie ku kresowi wyznaczonego istnienia, ale jeszcze nie teraz.

Udostępnij


Głośny huk silników przelatującego nisko samolotu na moment zagłuszył wszystkie dźwięki otoczenia.

– Jestem już blisko, czuję to. – Peter Wage jeszcze mocniej wciskając pedał gazu. Przy tej prędkości i obfitych opadach deszczu wycieraczki pracowały jak wściekłe, odprowadzając litry deszczówki z przedniej szyby.

Mknął po mokrej jezdni pozostawiając za sobą wzburzoną chmurę drobinek wody. Nie zwracał uwagi na ograniczenia prędkości widniejące przy drodze. W tym momencie prawie trzykrotnie przekraczał dozwoloną prędkość, nie mówiąc już o panujących warunkach. Celem nadrzędnym była likwidacja Toma, Uriela oraz nieznajomej, która w ostatniej chwili pokrzyżowała jego palny, całkowicie zmieniając kolej rzeczy.

Sytuacja w miarę opanowana przerodziła się w totalny chaos. Peter starał się nie poddawać emocjom jednak przygotował specjalny prezent dla wścibskiej kobiety. Specjalny prezent za jej specjalny udział. Kilka kolejnych wahnięć wycieraczek i można już było dostrzec pierwsze zarysy portu lotniczego Foggia.

– Jestem. – Uśmiechnął się do swojego odbicia w lusterku. – Tylko zaczekajcie na mnie, mam dla was coś iście zabójczego. – Szyderczy śmiech wypełnił wnętrze poobijanego suwa.

W tym samym czasie Kate już wbiegała do budynku miejscowego lotniska, pokonując za jednym susem po trzy stopnie schodów na raz. Zatrzymała się po środku wielkiej hali. Potrzebowała jedynie kilku sekund na zlokalizowanie punktu informacyjnego. Za ladą stała starsza lekko tęga kobieta.

– Witam. – Zaczęła Kate. – Chciałam się dowiedzieć, kiedy będzie najbliższy lot do Niemiec.

Recepcjonistka nie okazywała większego pośpiechu i dobrej woli, ewidentnie musiała mieć gorszy dzień a może był to dzień, jak co dzień, pomyślała Kate.

– Jakie miasto panią interesuje? – Niechętnie dopytała.

– Najlepiej Berlin.

– Berlin taaaaaak… – Recepcjonistka z wolna zaczęła stukać w klawiaturę nie zwracając uwagi na rosnącą kolejkę.

Kate rozglądała się gorączkowo chcąc wypatrzyć Toma jednak na razie nigdzie go nie widziała. Jedyny plus był taki, że policjantów też nie było i tego mordercy podającego się za agenta FBI.

– Tak za siedemdziesiąt minut będzie bezpośredni lot do Berlina.

Aż tyle. Nie mamy tyle czasu, pomyślała Kate.

– A coś wcześniej?

Recepcjonistka dziwnym spojrzeniem przeszyła niecierpliwą kobietę ponownie spoglądając w ekran monitora.

– Port lotniczy Magdeburg- Cochstedt za… – Zmrużyła oczy jak gdyby miała problemy ze wzrokiem. – Za osiemnaście minut.

– Świetnie. – Kate wyraźnie zadowolona poprosiła o trzy bilety w jedna stronę.

W tym samym czasie Tom dźwigając ciało, Uriela nie przypuszczał, że może ono być tak ciężkie, do tego zwiększające się z każdą kolejną chwilą zmęczenie organizmu tylko potęgowało odczuwalną masę ciała.

– No dalej. – Próbował dodać sobie siły. – Dasz radę. – W skutek wysiłku podskoczyło mu ciśnienie, ale na szczęście chłodne krople ulewnego deszczu skutecznie ochładzały jego rozpalone ciało.

– Tom? – Ktoś cicho wypowiedział imię Kravera. – Gdzie jesteśmy?

Początkowo nie wiedząc skąd dobiegły ciche słowa spojrzał dookoła siebie, nikogo jednak nie widząc zrozumiał szybko, że to Uriel odzyskuje przytomność. Padający deszcz podziałał orzeźwiająco na wymęczony organizm otrzeźwiając do tej pory nieprzytomnego Uriela. Nie tracąc czasu na zbytnie słowa od razu przeszedł do rzeczy.

– Idziemy na lotnisko, już nie daleko. – Starał się by jego słowa nabrały optymistycznego oddźwięku. – Za kilkadziesiąt minut opuścimy Włochy. Dalej dasz radę.

Uriel nieco odciążył Toma nabierając sił i samodzielnie starając się posuwać u boku księdza w stronę głównego wejścia.

– Jak…? Kiedy się tutaj znaleźliśmy? – W skutek lekkiego wyziębienia i utraty krwi wykazywał chwilowe zaniki pamięci.

– Przyjechaliśmy nie dawno ukradzionym radiowozem.

– Radiowozem? Masz namyśli radiowóz policyjny? – Uriel nie wierzył, że dobrowolnie mógł wsiąść do policyjnej suki.

– To już nie ważne. – Spojrzał w mętne i zalane deszczem oczy Uriela. – Damy radę, uciekniemy makaroniarzom.

– Dziękuję, czuję, że wracam powoli do siebie. – Uriel lekko odepchnął Toma, nie lubił wspierać się na kimś, miał swoją godność nawet w tak trudnych sytuacjach. – Dalej pójdę sam.

Powoli, lecz cały czas do przodu, poruszali się w strugach ulewnego deszczu. Niektórzy ludzie, których mijali po drodze mieli parasole.

– Że też nie mam chociaż jednego. – Tom powoli zaczynał żałować, że nie ma przy sobie, chociaż kawałka peleryny albo czegokolwiek, czym mógłby okryć przemoczonego Uriela, widząc jego pytające spojrzenie, dodał. – Nie nic Urielu. – Tom starał się zagadywać towarzysza chcąc za wszelka cenę utrzymać go przy życiu. Nagle zrozumiał, że Uriel powoli zostaję z tyłu, po mimo wolnego tępa różnica w odległości coraz bardziej rosła.

– Jak się czujesz? – Zatrzymał się odwrócił i zapytał zaniepokojony.

Uriel uniósł delikatnie prawą rękę.

– Dam radę. – Dalej brnął w kałuży wody, krok po kroku.

Tom nerwowo spoglądał to w lewo to w prawo. Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Nikt zbytnio nie zwracał na nich uwagi a i policjantów nie było na horyzoncie. Jedyne, co go teraz martwiło to rosnący dźwięk policyjnych syren. Nie zdążył się zastanowić ile mogą mieć jeszcze czasu, bo usłyszał za swoimi plecami cichy i tępy odgłos upadającego ciała.

Jak w zwolnionym tempie odwrócił głowę spoglądając, co się dzieje. Przez moment nie wykonywał żadnego ruchu, stał tylko i z niedowierzaniem patrzył spuszczając wzrok coraz niżej i niżej. Przemoczone czarne ubranie dziwnie lśniło i mieniło się odbijając światło z pobliskich reflektorów a biała koloratka delikatnie połyskiwała w mroku. Uriel leżał na plecach z rozpostartymi nogami i rękoma.

Nie wykonywał żadnego ruchu. Pochłonięty przez deszcz wydawał ostatnie tchnienia jego bardzo długiego życia. Tom spoglądał dookoła po ludziach, którzy nagle jak grzyby po deszczy wyrośli z ziemi, otaczając ich ze wszystkich stron. Nie bacząc na nic ruszył w stronę nieruchomego ciała, do końca nie wiedząc, co teraz robić.

– Wezwijcie karetkę! – Krzyknął do zebranych i biernie stojących ludzi.

Ktoś z tłumu wykręcił numer pogotowia prosząc o natychmiastowy przyjazd. Tom w tym czasie przyklęknął na jedno kolano przy Urielu. Nachylił się nad nim okrywając go swoim czarnym płaszczem. Teraz nie zwracał już uwagi czy zostanie złapany, liczyło się życie człowieka i nic więcej.

Złapał zimną dłoń Uriela spoglądając w jego przemęczoną twarz. Deszcz spływający z włosów ociekał nosem i policzkami gromadząc się na pod brudku, skąd już jak wodospad spadał w dół prosto na twarz Uriela, który delikatnie otwarł oczy chcąc spojrzeć na Toma. Przekręcił lekko głowę by móc patrzeć wprost na księdza. Przełknął ślinę zmieszaną z krwią i cicho powiedział.

– Pobłogosław mi Tom, pobłogosław mi ojcze. – Padający deszcz całkowicie zagłuszył wypowiedziane słowa sprawiając, że nikt po za Tomem ich nie usłyszał. Byli odcięci od otoczenia. Tylko Kraver i Uriel, kapłan i umierający grzesznik. – Tom pobłogosław mi. – Powtórzył cicho, dodając. – Wiem, kim jesteś i co potrafisz. Przez ten wspólnie spędzony czas miałem okazję spojrzeć w twe wnętrze i dostrzec wszystko, znam twój sekret. Ktoś kiedyś wspomniał, że w swoim czasie ujrzymy, czym jest miłość, dzięki tobie już wiem, dziękuję ci za to. Wiem, że teraz chciałbyś mnie uzdrowić, wiem też, że to nie działa od tak na zawołanie. Tom ja już swoją szansę dostałem, była nią pomoc tobie i tej sprawie, na cud nie zasługuje i oboje o tym wiemy. Tom jesteś bohaterem, musisz powstać by ratować ludzi z ucisku mroku. Nie wiem, dlaczego ale jeszcze muszę powiedzieć, że trwanie ziemi kiedyś dobiegnie ku kresowi wyznaczonego istnienia, ale jeszcze nie teraz Tom, jeszcze nie teraz do póki jest nadzieja. Kraver obudziłeś mnie z letargu, dziękuję. – Po tych słowach Uriel zamknął drżące powieki. Tom oszołomiony wyznaniem towarzysza nie zwlekał dłużej, nie było czasu, śmierć czyhała u bram.

– Mocą, której mi udzielono, proszę by dzięki światłu miłosierdzia ducha świętego istota ta dostąpiła życia wiecznego. Dobry Boże przyjmij swoje dziecię powracające do domu. – Nachylił się i ucałował czoło Uriela. – Przez to święte namaszczenie, niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską ducha świętego. Pan najwyższy, który odpuszcza ci grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Amen. – Łzy napłynęły do oczu Toma, mieszając się z deszczem spływały wspólnie w jednym potoku po twarzy wzruszonego księdza.

– Dziękuję. – To było ostatnie słowo, jakie wypowiedział Uriel. Umierał z ulgą, nie obawiając się już śmierci. Miał dziwne odczucie będące przekonaniem, że zdołał po części odkupić swoje grzechy i nie trafi ponownie do piekła. Nie zobaczy więcej demonicznego Rivery.

Tom zamknął oczy zmarłego, delikatnie przesuwając po jego twarzy mokrą dłoń. Klęczał nad zwłokami człowieka, którego tak naprawdę nie znał a mimo to czuł ogromny smutek i żal wymieszany z radością i pewnym spełnieniem. Opuścił głowę by jeszcze przez chwilę pomodlić się za duszę Uriela.

***

Ogień płonął w kominku, pochłaniając ostatnie kawałki drewna. Czerwona poświata spowiła pomieszczenie zalewając je piekielną barwą żaru. Kardynał Rivera stał po środku z zamkniętymi oczyma. Był zupełnie sam. Pogrążony w swoich myślach ukazywał jedynie lekki uśmiech na twarzy. Wiedział, że Uriel przed chwilą zmarł, wiedział też, że Tom Kraver w ostatniej chwili wyzwolił jego duszę od wiecznego potępienia. Była to porażka, przegrana bitwa, ale nie wojna. Rivera wiedział doskonale, że ani Tom, ani nikt inny nie zdoła uratować świata przed gniewem bram piekielnych.

– Nie poddasz się Kraver? – Cicho wyszeptał kardynał. – Tak, nie poddasz się, jednak istnieją pewne metody, proste acz radykalne. – Zapatrzony w tańczące płomienie kontynuował diaboliczny monolog. – Człowieka można zabić, ale nie zniszczy się jego przekonań chyba, że wcześniej się go złamie posyłając jego duszę w wir rozpaczy i niepewności. Tom jesteś mój.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.