Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.15- Tu nie potrzeba karetki, ale konduktu pogrzebowego.

Udostępnij


– Nie możemy dłużej tu zostać. – Potrząsnął lekko Kate chcąc ponaglić ja do powrotu w ramiona świata realnego.

Nie trzeba było wiele, aby dostrzegli grupę uzbrojonych po zęby agentów stołecznej policji oraz najprawdopodobniej Interpolu przeczesujących port i turystów.

– Szybko tędy. – Kate złapała za dłoń Toma ciągnąc go za sobą.

Ruszyli w kierunku małego korytarza by jak najdalej oddalić się od głównej hali.

– Dokąd idziemy. – Zapytał zdezorientowany. – Mamy jakiś samolot?

– Mam już bilety – Odparła, wyprzedzając kolejne pytanie. – Teraz musimy gdzieś zniknąć i cos wymyślić, bo w takim stanie nie uda nam się niepostrzeżenie dotrzeć do sali odlotów.

Dzielna i odważna kobieta, pomyślał Tom. Szybko otrząsnęła się puszczając umysł na pełne obroty.

– Tam.

Tom spojrzał na miejsce, jakie wskazywała mu Kate zaciągając go przed drzwi toalety.

– Toaleta? Do tego damska? – Nigdy w życiu, pomyślał. – Nie ma mowy, nie wejdę tam.

Policjanci przeszukiwali i rewidowali każdą osobą po kolei nie chcąc nikogo przeoczyć. Byli coraz bliżej, jeden nawet już patrzył w ich stronę.

– Nie masz wyboru. – Chwyciła mocniej Toma ciągnąc go w głąb toalety oznaczonej ikoną kobiety w mini spódniczce.

W środku, jak Tom z góry przeczuwał, spotkał kilka kobiet doprowadzających się do stanu miss świata przed tutejszymi dużymi lustrami. Kilka spojrzało na niego wyraźnie okazując zaskoczenie i oburzenie. Inne były zainteresowane pobytem księdza w damskiej toalecie, nawet lekko uśmiechały się w stronę Toma, całkowicie ignorując Kate.

– Drogie panie. – Początkowo nie wiedział, co powiedzieć, jednak czuł, że coś pasuje. – Nie zwracajcie na mnie uwagi, w zasadzie mnie tu nie ma, w końcu jestem księdzem a nie maniakalnym zboczeńcem.

Kate słuchała przez moment dziwnej wypowiedzi Toma, ale długo to nie trwało, niezwłocznie zareagowała.

– Ojcze, proszę Cię. – Z lekkim sarkazmem spojrzała na księdza zaciągając go do toalety i zamykając drzwi za sobą.

Och… Dało się słyszeć u wszystkich kobiet. Och… Wszystkie, jedna za drugą opuściły toaletę. Ostatnia nie mogąc znieść zgorszenia rzuciła kilka słów na pożegnanie.

– To plebania już wam nie wystarczy, miejsca publiczne też zamieniacie w źródło grzechu i rozwiązłości? – Dało się słyszeć głośny jęk, dobiegający z wnętrza kabiny. – Zaiste sodoma i gomora! – Drzwi mocno trzasnęły pozostawiając toaletę w całkowitej ciszy.

– Kate gdzie ja przy tobie zajdę? – Zrezygnowany Tom przetarł wilgotne czoło. Nie wiedział czy to ze zmęczenia czy ze wstydu.

W jednoosobowej kabinie było ciasno, dobrze zbudowany Tom ledwo mieścił się z Kate u boku, jednak nikt nie narzekał.

– Tom, co robimy? – Kate spojrzała na zegarek. – Mamy jakieś dziesięć minut.

– Ile? – Za tyle minut to nawet nie zdarzę spokojnie oddać moczu, pomyślał nawiązując do miejsca, w którym się znaleźli. Nie chcąc jednak tego mówić na głos powiedział krótko. – Nie wiem, ale jestem otwarty na wszelkie propozycje.

– Faceci. – Kate przysiadła na zamkniętym klopie pogrążając umysł w myślach.

Kraver również z chęcią usiadłby na czymś, nawet na klopie, ale wszystkie miejsca były zajęte. Stał, więc wyprostowany niczym betonowy słup pilnujący Kate i jej myśli.

– Wiem! – Wykrzyknęła. – Musimy… – Nie zdążyła dokończyć zdania. Ktoś pukał do drzwi wejściowych. – Kto może pukać do drzwi toalety? – Zapytała zdziwiona.

Pukanie nie ustawało, wręcz rosło na sile.

– Tutaj policja. – Grupy głos formalnie obwieścił standardową informację. – Jest tam ktoś?

***

Peter zaparkował dwie przecznice od portu lotniczego. Resztę drogi wolał przebyć pieszo. W ten sposób łatwiej infiltruje okolicę. Wyszedł z wąskiej alejki dostrzegając wysoki gmach lotniska wyłaniający się przed nim niczym wielka góra. Od razu oślepił go blask morderczo migających świateł na dachach licznie zgromadzonych radiowozów policyjnych.

– Więc wszyscy już są.

Ruszył w stronę wejścia, jednak szybko dostrzegł dziwne zbiorowisko ludzi głośno dyskutujących i szlochających. Podszedł bliżej, chcąc sprawdzić, co się tam dzieje.

– Z drogi! – Pokazał fałszywą legitymację odpychając ręką zebranych. – Przejście albo zamknę was za utrudnianie śledztwa. – Utrudnianie śledztwa, to wymyśliłem gangsterskie zdanie. Pochwalił się za tę śmieszną aczkolwiek skutkującą groźbę. Minął ostatnich gapiów docierając do niewielkiej przestrzeni.

– Co tu się wydarzyło? – Zapytał dwóch skaczących w koło funkcjonariuszy.

– Kim pan jest, tu nie wolno chodzić. – Jeden wyraźnie zdenerwowany zganił Petera. – To miejsce zbrodni.

Peter sięgnął kolejny raz po fałszywą legitymację.

– Peter Wage agent FBI.

– FBI tutaj? – Zdziwiony policjant patrzył na odznakę, jednak nie trwało to długo, kilka machnięć i z powrotem znikła w kieszeni płaszcza Petera.

– To ściśle tajne, nie mogę o tym mówić.

– Rozumiem, rozumiem. – Policjant starał się usprawiedliwić, mimo że nic nie rozumiał.

Głupi jak cała reszta. Ale to dobrze nie będzie utrudnień, pomyślał Peter.

– Co tu się wydarzyło, co to za człowiek. – Wskazał ręką zwłoki Uriela.

– Tego jeszcze nie wiemy, ale z relacji świadków. – Funkcjonariusz spojrzał po zebranych. – Wynika, że jakiś ksiądz udzielił mu ostatniego namaszczenia i odszedł na lotnisko.

– Ksiądz? – Peter zapytał, mimo że doskonale wiedział, kim jest ów kapłan.

– Tak a teraz czekamy na karetkę.

– Karetkę? Człowieku czy ty jesteś ślepy? A może głupi? – Chcąc jeszcze trochę poznęcać się nad funkcjonariuszem ciągnął szydercze zdanie. – Tu nie potrzeba karetki, ale konduktu pogrzebowego. – Po tych słowach odszedł, śmiejąc się do siebie. Wiedział to, co chciał wiedzieć. Kraver jest w pobliżu, więc zapewne kobieta także.

Urażony policjant stał jeszcze przez chwile, nie wiedząc, co tu jest grane.

– Pomóż mi, nie stój jak słup telegraficzny! – Krzyknął do niego drugi funkcjonariusz. – Nie czas na głupie pogawędki z federalnymi cwaniakami.


Autor. Tomasz Magielski.

Fot. Pixabay.com / globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.