Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.19- Wówczas rodzi się mrok w sercu, ciężka i często śmiertelna choroba.

Udostępnij


William Rodeker z niechęcią wspominał ostatnie godziny, jakie upłynęły od narady naznaczonej wątkiem apokaliptycznym. Opracowano teoretyczny plan działania, co jednak niepokoiło Williama to fakt, że uwzględniał on głównie ochronę możnych tego świata oraz ich rodzin. Wzmianki dotyczące zwykłych obywateli praktycznie zostały ujęte w kilku krótkich punktach mówiących o doraźnej pomocy, wynikającej i uzależnionej od skutków katastrofy.

Im większa tragedia tym owa pomoc była mniejsza na rzecz kierowania dostępnych środków dla wyższej klasy społecznej. Jednym słowem zdobycze techniki i rozwoju oraz nieliczne grupy bogatych oligarchów zostały przedłożone nad dobro ogółu. William nie spodziewał się, że dojdzie do takiej sytuacji, ufał i mocno wierzył w jedność do samego końca.

Okazało się zupełnie inaczej, świadomość nadciągającej katastrofy, której skutków do końca nie można było przewidzieć, wzbudziły wśród możnych tego świata dziką żądze przetrwania za wszelką cenę, po trupach. On nie mógł się na to zgodzić, nie pozwalało mu na to jego sumienie. Bolesnym faktem była myśl, że nawet prezydent USA zdradził naród wybierając jak to sam nazwał: mniejsze zło.

Opinii publicznej mydlono oczy by nie wywołać paniki, co jakiś czas pojawiały się głosy o nieobliczalności tego, co nadciąga jednak od razu kwitowano tego typu hipotezy jako skrajne teorie spiskowe. I tak, dziś świat czekał na wydarzenie, którego wagę i tragizm znała jedynie wybrana grupka możnych, starająca się za wszelką cenę uratować własną skórę.

William opuścił salę obrad trzaskając mocno drzwiami, czym wprawił w osłupienie zgromadzonych wraz z prezydentem na czele. Rozpalony wybiegł z budynku, bez słowa mijając zdezorientowanych współpracowników. Ludzie wybrani przez naród, mający służyć narodowi i dobru wspólnemu zdradzili wszelkie ideały i przysięgi, zdradzili swoje człowieczeństwo.

Kiedy pojedyncza jednostka zamyka się na świat, spoglądając wyłącznie w swój egoizm, wówczas rodzi się mrok w sercu, ciężka i często śmiertelna choroba, zapowiadająca nadciągające zło. Co jednak można było zrobić, świadomość bezsilności w obliczu nadciągającej i realnej tragedii była gorsza od nie jednej tortury fizycznej. Mieć na rękach krew milionów ludzi to ponad siły człowieka, a bezczynność w obecnej sytuacji była równa akceptacji tego, co przerażało nawet w samych myślach.

William ponownie dreptał nerwowo po swoim gabinecie, próbując wymyślić jakiś plan, możliwość realnego i skutecznego ostrzeżenia świata. Być może wydać oficjalne oświadczenie, szybko zdał sobie sprawę, że to nic nie zmieni, ponieważ NASA natychmiast zaprzeczy ujawnionym informacjom dyskredytując Rodekera a wówczas, kto mu uwierzy.

Media były jakimś sposobem przebicia się do społeczności międzynarodowej, jednak one też są kontrolowane w dużym stopniu przez władzę. Nie było czasu na poszukiwania kogoś kompetentnego i godnego zaufania.

Niespodziewanie zadzwonił telefon. William wiedział, o co może chodzić, wszystko dzisiaj było ściśle związane z tajemnicami goniącymi inne tajemnice.

– Halo. – Niechętnie podniósł słuchawkę.

– Will tu prezydent. – Chwila ciszy mająca na celu wymuszenie u Rodekera formalnego posłuszeństwa. – Jeszcze nie jest za późno by ocalić życie nasze i twoje. Dołącz do nas.

William zaszokowany zasłyszaną propozycją i tonem, w jakim została wypowiedziana, czuł, że zaraz go chuj szczeli. Ty skończony draniu, pomyślał i ty jesteś prezydentem mojego kraju? Ty oszuście i morderco. W tej chwili najchętniej by kopnął swojego prezydenta w krocze i to kilkukrotnie.

– Will wiem, że to może być trudne, ale to jedyne sensowne wyjście, jakie ci umożliwiam, jeszcze umożliwiam. – Teraz to była już wyraźna groźba pod adresem Rodekera. Żarty i czas na grę skończyły się. Życie albo śmierć, tylko te dwie opcje leżały na stole.

Rodeker wyjrzał przez okno na nieświadomych ludzi przechadzających się po chodnikach. Coś w nim drgnęło, albo coś zrobi albo umrze, a nawet, jeżeli przeżyje, ale nic nie zrobi to tak naprawdę będzie martwy w środku. Podbiegł do biurka, zaczął nerwowo szarpać szufladą, która wysuwając się upadła na ziemię.

– Will, co tam się dzieje? – W głosie prezydenta pobrzmiewała niewinnie nuta zaniepokojenia. – Zaraz kogoś do ciebie wyślę.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. – Szybko krzyknął do słuchawki. – Potknąłem się o fotel.

– Rodeker, rozumiem, że nie popierasz moich działań, ale…

William z ulgą sięgnął po mały przedmiot, którego tak ubłaganie szukał. Niewielki dyktafon z funkcją VOX był ostatnią szansą na realne i wiarygodne działanie. Jednym przyciskiem przełączył rozmowę na głośnik odkładając słuchawkę na obok. Ścisnął mocno w dłoni dyktafon wiedząc, że to ostatnia szansa.

– Panie prezydencie. – Zaczął wolno, kładąc równocześnie małe urządzenie obok telefonu. – Nie rozumiem dokładnie, o co chodzi.

– Will nie udawaj, wiesz tak dobrze jak ja, co czeka naszą planetę w najbliższych godzinach, dlatego proponuje ci raz jeszcze dołącz do nas i uratuj swoje życie.

– Panie prezydencie ja nadal wierzę, że najlepszym wyjściem z obecnej sytuacji będzie poinformowanie całego społeczeństwa o nadciągającej tragedii, to nasz obowiązek.

– Will skończ z tą łzawą historyjką, czy nie widzisz, co się dzieje? Jeżeli poinformujemy społeczeństwo wówczas szanse naszego przetrwania znacznie zmaleją w skutek narastającej paniki, tylko w ciszy mamy szansę na przetrwanie, życie zwykłych ludzi jest ceną naszego istnienia.

– Za cenę życia setek milionów niewinnych ludzi? Wolę zginąć próbując.

Cisza w głośniku nie dawała złudzeń, prezydent nie miał zamiaru więcej namawiać Rodekera.

– Tak, więc dokonałeś wyboru. – Kontynuował prezydent. – Zginiesz razem z ludźmi, których tak jest ci żal. Być może nawet szybciej, jeżeli spróbujesz czegoś nierozsądnego. Rozumiesz Rodeker.

– Doskonale rozumiem. – Rodekerowi puściły nerwy, koniec teatrzyku i taniego cyrku. – Panie prezydencie jest pan mordercą, zdrajcą i skończonym gnojem. – Rodeker miał jeszcze kilka pomysłów w głowie, ale szybko zakończył rozpoczętą szaradę inwektyw dodając. – Pierdolę ciebie i twoje możliwości.

– I co z tego. – Przerwał Willowi prezydent. – Ja przeżyję a ty zginiesz, żywiąc się dawno wymarłymi ideałami moralnymi.

– Być może, jednak wierzę, że ostatecznie sprawiedliwość zatryumfuje.

Szybkim ruchem zakończył rozmowę nie dając szans na odpowiedz rozmówcy. Sięgnął po dyktafon, który cały czas rejestrował prowadzoną rozmowę. Odsłuchał część, okazało się, że jakość nagrania jest doskonała. Świetnie, pomyślał, udało się. Teraz jednak nie było czasu na świętowanie w każdej chwili ktoś mógł wtargnąć do jego biura. Zarzucił na siebie ciemną kurtkę chowając ostrożnie dyktafon do kieszeni i wybiegł z gabinetu. Nie wiedział jeszcze, dokąd, nie wiedział nawet czy przeżyje, ale wiedział, że jeżeli przeżyje to nie zmarnuje tej niewielkiej przewagi.


Autor. Tomasz Magielski.

Fot. Pixabay.com / globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.