Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.20- William Rodeker powierzył swój los w swoje ręce.

Udostępnij


Wszyscy popełniamy błędy, dzień w dzień stąpając nad krawędzią przepaści konsekwencji, które tylko czekają, kogo następnego pochłonąć. Trudne i nieprzewidziane sytuacje często stawiają, uprzednio nieprzygotowanego człowieka, przed murem bezsilności. Emocje biorą górę nad rozsądkiem prowadząc w ślepą uliczkę.

Co zrobić by opanować napływ dzikiej gorączki? Umieć zachować się jak człowiek a nie jak płochliwe zwierze ścigane poprzez gęsty las. Jak odróżnić realne zagrożenie od majaczenia? Gdzie udać się po pomoc, komu zaufać i powierzyć własny los?

William Rodeker powierzył swój los w swoje ręce, brak czasu do namysłu i przeanalizowania sytuacji zmusił go do impulsywnego działania. Jest to niebezpieczna droga, ponieważ często podejmowane kroki okazują się błędne w momencie, kiedy jest już za późno i nie można naprawić wyrządzonych szkód. Czujność i zimna krew to jedyne lekarstwo umożliwiające przetrwanie możliwie jak najdłużej.

Człowiek pod wpływem bodźców zewnętrznych może niczym postać z plasteliny zmienić swoje właściwości. Są tylko dwie drogi, pierwsza prowadzi ku samodoskonaleniu i wyciąganiu możliwości organizmu na szczyty, lub też emocjonalna zapaść uniemożliwiająca sprostanie zagrożeniom.

William obrał pierwszą drogę, nieświadomie przestawił swój organizm na najwyższe obroty, świadomość zagrożenia życia jest jednym z najmocniejszych bodźców. Każdy przecież chce żyć, oczywiście istnieją ludzie podkreślający swoją gotowość na śmierć, swój brak strachu przed tym wydarzeniem, które ostatecznie czeka każdego, jednak w momencie, gdy już znajdują się na łożu śmierci a próg ostatniej agonii oplata wszystkie członki ciała każdy chce żyć, podświadomie boimy się śmierci.

Rodeker dotąd nie rozmyślał nad swoją śmiercią, jak będzie wyglądać i kiedy nadejdzie. To wydarzenie zawsze wydaje się być odległe, czy jesteśmy młodzi czy starzy, śmierć jest otulona mgłą ignorancji. Kto jednak zagwarantuje nam, że jutro słońce wstanie dla każdego? Nikt nie może nam tego zagwarantować, ponieważ to wykracza poza możliwości człowieka.

Śmierć jest, więc nieuchronna, wobec tego, co jest dalej? Sąd ostateczny a w konsekwencji niebo, czyściec lub piekło? A może każdy dostąpi reinkarnacji, aby móc ponownie powrócić na ziemię w innej postaci, a może nie ma dalej nic, tylko ciemność i zapomnienie?

William w tej chwili dużo nad tym nie rozmyślał, starał się wierzyć, że coś jednak jest po śmierci i jest to coś dobrego. Nie miał jednak chęci i zamiaru tego szybko sprawdzać, no chyba, że zostanie do tego zmuszony. Nie miał złudzeń, co do dalszych planów prezydenta, w tej chwili najprawdopodobniej jest wydawany rozkazy pojmania Willa a co dalej to już jeden Bóg wie.

Nie oglądając się za siebie, niczym zjawa mknął do przodu po między przechodniami. Podstawowy plan to zatrzeć wszelkie ślady za sobą by nie dać się odszukać. Znaleźć bezpieczne schronienie i obmyślić ostateczne uderzenie.

Będzie miał tylko jedną szansę i albo mu się powiedzie albo to będzie jego koniec. Z umysłowego kotła wyrwało go mocne uderzenie w bark, ktoś potrącił Rodekera na tyle mocno, że uderzył o ścianę pobliskiego sklepu. W pierwszym odruchu William zasłonił głowę ręką chroniąc się przed ewentualnym ciosem. Szybko jednak spostrzegł, że osoba, która go potrąciła to młody chłopak równie wystraszony całym zajściem jak i sam Rodeker.

– Przepraszam. – Nieznajomy wyciągnął rękę w stronę Willa chcąc mu pomóc powstać. – Zamyśliłem się i nie zauważyłem Pana.

– Nic się nie stało. – Will powstał i pierwsze, co zrobił to sprawdził czy dyktafon umieszczony w kieszeni nie uległ zniszczeniu. Ku jego uldze okazało się, że nawet nie był zarysowany.

– Nic pan sobie nie uszkodził? – Zapytał nieznajomy. – Nie wyglądało to zbyt dobrze, całe to uderzenie.

– Spokojnie, bez paniki. – Próbował uspokoić chłopaka, nie chciał tracić czasu na bezowocne rozmowy. – Nic mi nie jest, ale spierze się, dziękuję za pomoc.

Młodzieniec zagwizdał pod nosem okazując nie jako podziw dla Willa, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie. Rodeker kilkukrotnie prześledził wzrokiem okolice sprawdzając czy aby ktoś go nie śledzi, gdy był już pewny swojego tymczasowego bezpieczeństwa poczuł pulsujący ból w nodze. Rozmasował potłuczone miejsce dając sobie chwilę na odpoczynek. Kiedy tak stał wpatrzony przed siebie usłyszał niepokojące słowa.

– Nie wiadomo czy przyczyną śmierci były czynniki naturalne czy może było to morderstwo. – Rodeker odwrócił głowę spoglądając wprost na kilka telewizorów nadających ten sam kanał. Na każdym ekranie widniał dziennikarz, żywo gestykulując i przekazując kolejne szczegóły widzom. – Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie, jednak liczba świadków jest na tyle duża. – Kamera skierowała się na tłum gapiów. – Że cały proces może potrwać dość długo.

Rodeker w odbiciu wystawowej szyby dostrzegł lekko zarysowane odbicie własnej twarzy i nagle zamarł. To, co zobaczył później przepełniło go strachem. Spoglądał w ekrany telewizorów pokazujących tę samą twarz, znajomą twarz.

– To człowiek, który jak twierdzą świadkowie po prostu umarł na ich oczach. – Grzmiał mocny głos dziennikarza. – Z portu lotniczego Foggia mówił dla państwa Dany Krick.

William nie wiedział czy to iluzja czy rzeczywistość, martwe oblicze pokazywane w telewizji było mu doskonale znane. Nie wiedział, co jest grane, postanowił jednak szybko udać się na owe miejsce zbrodni dowiedzieć się czegoś więcej.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.