Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.32- To była dżungla a on chciał przeżyć, ktoś musi umrzeć by ktoś inny mógł przetrwać.

Udostępnij


Peter Wage pogrążony w ciemności i zdekoncentrowany starał się na przekór słabości organizmu otworzyć oczy. Odzyskał świadomość, ale nie odzyskał pełnej kontroli nad swoim ciałem, które nadal nie reagowało, przeciwstawiając się woli umysłu Petera.

No dalej, otwórzcie się do cholery, powtarzał liczne wulgaryzmy, jednocześnie przecierając dłońmi twarz. Wówczas coś zrozumiał, już miał otwarte oczy, nic nie widział, ponieważ było tak ciemno, że mogło się wydawać, iż dokoła nie ma nic prócz zalewającej czerni. Przez kilka chwil Peter próbował zrozumieć, co jest grane i gdzie obecnie się znajduje, przecież nie umarł no chyba, że tak wygląda piekło?

Ktoś go potrącił na tyle mocno, że Peter upadł na ziemię uderzając plecami o coś ostrego i dużego, zaklął pod nosem. Kurz zaczął powoli opadać, co sprawiło, że widoczność stawała się lepsza. To jednak, co dostrzegł przeraziło go do tego stopnia, że ponownie zamknął oczy myśląc, że to jakiś koszmar. Odczekał jedną, dwie, trzy sekundy by ponownie otworzyć szczypiące oczy, niestety to, co zobaczył niczym nie różniło się od poprzedniego obrazu.

Zakrwawione ciała, biegający często na oślep ludzie wzajemnie się tratujący. To był jakiś koszmar, czyste szaleństwo. Ktoś krzyczał wzywając pomocy, ktoś inny przeklinał nie mogąc ścierpieć bólu. Iskry, gruz i ogień znaczyły wszystko dokoła. Muszę uciekać, pomyślał. Złapał leżący nieopodal gruby stalowy pręt by móc na czymś oprzeć swoje mocno chwiejące ciało. I tak wyraźnie utykając krok po kroku ruszył przed siebie kierując się głównie instynktem.

Bolała go głowa, co świadczyło o mocnym stłuczeniu. Im bardziej próbował sobie coś przypomnieć tym mocniejsza fala nowego bólu przepełniała organizm. Nie ulegając zniechęceniu krok po kroku szedł naprzód często potrącając kogoś czy omijając leżące osoby wzywające pomocy. Nie zwracał na nie uwagi, to była dżungla a on chciał przeżyć, ktoś musi umrzeć by ktoś inny mógł przetrwać. Krok po kroku, śmierć za życie, życie za śmierć.

– Pomocy. – Ktoś złapał Petera za nogawkę od spodni. – Proszę, ja umieram.

Peter spojrzał na mocno zakrwawionego człowieka. Był skłonny mu pomóc gdyby nie fakt, że ów człowiek leżał przygnieciony dużą betonową płytą, tu już nie dało się nic zrobić.

– Spoczywaj w pokoju. – Odpowiedział cicho, ruszając dalej.

Po upływie kolejnych kilkudziesięciu sekund doszedł do drzwi wyjściowych. Zaczerpnął kilkukrotnie powietrza upadając na kolana, był wdzięczny losowi, że żyje, nie wiele brakowało a byłby już martwy. Co jednak się dzieje? Nieustannie zadawał sobie to pytanie. Nagle doznał olśnienia, kiedy zobaczył dwie znajome twarze. Kilka metrów dalej leżała kobieta i mężczyzna, byli zupełnie nieruchomi, dwa ciała przykryte kurzem i niewielkimi kawałkami gruzu.

Po wykonaniu kolejnych kilku kroków Peter stał nad dwoma osobami, które tak skrzętnie śledził. Tom i Kate leżeli z zamkniętymi oczyma nie zdając sobie nawet sprawy, że ich kat stoi nad nimi gotowy w każdej chwili dokonać ostatniego cięcia.

Peter przypomniał sobie ostatnie godziny życia, do tej pory okryte mrokiem zapomnienia. Kiedy wszedł na pokład tego samego samolotu co Tom i Kate nie spuszczał ich z oka. Wybrał ten sam przedział tę samą klasę. Wiedział, że jako drapieżca musi cały czas mieć na oku swoją zwierzynę. Opuścili Włochy udając się do Niemiec. Dalej pociągiem podróżowali prosto do Berlina. Peter nie wiedział jeszcze, w jakim celu, miał jednak jasne i klarowne rozkazy od swojego mocodawcy by śledzić ich każdy krok patrząc, dokąd lub, do kogo go to zaprowadzi. Dojechali na peron i wówczas to się stało, przerażający grzmot i ciemność.

Stojąc tak nad Tomem i Kate próbował zrozumieć, co w ogóle miało miejsce. Czy to był atak bombowy? Co mogło wyzwolić taką siłę? Nieustający odgłos jadących karetek, straży pożarnych i policji świadczył o ogromnej skali zniszczenia. Ucinając niepotrzebne spekulacje Peter wyciągnął broń celując prosto w głowę Toma.

Następnie rozejrzał się, lecz nikt nawet nie zwrócił na to uwagi, każdy ratował swoją skórę, każdy chciał ujść z życiem. Pocisk był naładowany i gotowy do zadania śmiertelnego strzału, czekał tylko na rozkaz, na ostatnią komendę. Peter Wage wpatrzony w zamknięte oczy Toma czuł się panem życia i śmierci, sędzią ostatecznym, od którego wyroków nie będzie już odwołania.

– Mogę was teraz zabić. – Powiedział do nieprzytomnego księdza. – Mogłem już wcześniej to zrobić jednak jeszcze zaczekam i zobaczę, co skrywacie i dokąd mnie zaprowadzicie. – Schował broń, poprawiając zniszczone ubranie.

Cichy jęk dobiegł z ust Kate, która powoli zaczynała odzyskiwać przytomność. Lekko rozwarła oczy spoglądając prosto, na Petera, który gdy tylko zauważył, co się dzieje odskoczył i ukrył się kilka metrów dalej.

– Moja głowa. – Wymamrotała ledwo poruszając obolałymi ustami – Tom…? Tom…? – Powtarzała nieustannie.

– Tu jestem. – Ktoś cicho odpowiedział. – Kate jak się czujesz?

– Bywało lepiej, strasznie dzwoni mi w głowie.

Tom próbował wstać by ocenić, co się dzieje. Było tak jak przypuszczał, wojna trwała nadal a nawet było jeszcze gorzej niż przedtem.

– Kate musimy uciekać, tu jest niebezpiecznie. Możesz chodzić?

– Chyba tak. – Odparła cicho.

Tom ze współczuciem patrzył na poobijaną towarzyszkę, która z całych sił próbowała stanąć na nogi. Gdyby w porę nie złapał jej za ramię upadłaby.

– Co tu się stało? – Zapytała, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła, to jakiś horror, czyste wariactwo.

– Nie myślmy na razie o tym, to w niczym nam nie pomoże, musimy opuścić to miejsce by niezwłocznie udać się do człowieka, którego polecił odnaleźć Antonio. Czuję, że nie pozostało nam wiele czasu.

Kate mocno wsparta na ramieniu Toma ruszyła w stronę głównej drogi. Jak nigdy wcześniej każdy stawiany krok sprawiał im dużą trudność, mogło się wydawać że następnego już nie będzie a oni upadną i więcej nie powstaną, ale na przekór wszystkiemu szli nadal.

Wreszcie dotarli do głównej drogi. Samochody nie zwalniały, jechały dalej mijając liczne przeszkody, widać każdy próbował za wszelką cenę opuścić strefę zero. Wsparci o siebie stali tak, czekając na pomoc, musieli dostać się do domu na ulicy Spandauer. To zadanie było jednak nie wykonalne bez pojazdu, osłabieni i poobijani nie byli w stanie pieszo dotrzeć na miejsce.

Nagle z za rogu wyjechała karetka na sygnale, jej kierowca mocno manewrował kierownicą by móc poruszać się naprzód i nie utknąć w korku. Często używając chodnika i klaksonu przedzierał się niczym przez zarośniętą puszczę. Tom na przekór obolałemu ciału zaczął wymachiwać obiema rękoma dając znak kierowcy by ten zwolnił. Widać manewr poskutkował, karetka podjechała bliżej a jej kierowca odsunął szybę i powiedział.

– Nie możemy wam pomóc, wieziemy rannych do szpitala i nie mamy więcej miejsc, musicie zaczekać na inną karetkę.

– Nie… Nie… – Krzyczał i kręcił głową Tom. – Nie o to chodzi, nic nam nie jest. – Odparł, chociaż sanitariusz nie chciał w to uwierzyć, sam Tom w to nie wierzył jednak kontynuował dalej. – Potrzebujemy dostać się na ulicę Spandauer nic więcej.

– Ulica Spandauer? – Sanitariusz spojrzał na zegarek. – Macie szczęście to po drodze do szpitala, wsiadajcie byle szybko.

Tom pomógł Kate wejść do karetki, po czym sam wspierając się mocno na drzwiach zajął miejsce, obok. Syrena ponownie zawyła a karetka pojechała w dalszą trasę. Peter Wage mógł jedynie patrzeć na oddalający się pojazd gorączkowo myśląc, co zrobić by nie zgubić tropionej zwierzyny.


Autor. Tomasz Magielski.

Fot. Pixabay.com / globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.