Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.36- „A to, co do diabła? – Zapytał jeden z marynarzy nie mając pojęcia, że to właśnie sam diabeł”.

Udostępnij


Europa.

Gdzieś na Morzu Tyrreńskim.

Lekka bryza wzburzonej wody tłoczyła się w powietrzu by po chwili ponownie opaść do morza ustępując miejsca nowej fali rozszalałej wody. Statek Waterdrop spokojnie płynął swoim zwykle uczęszczanym kursem. Na pokładzie przewoził setki kilogramów owoców i warzyw przeznaczonych na eksport do Europy.

Czasy były ciężkie dla żeglarzy i handlowców, dlatego ekipa pracująca na statku była maksymalnie okrojona. Kapitan zawsze powtarzał: te same ruchy, ale dwa razy szybciej. Mógł to robić na okrągło, ponieważ posiadał zaledwie dziesięcioosobową załogę.

Spokój i ciszę zalegającą dokoła zagłuszył przytłumiony łomot jak gdyby coś wielkiego wpadło do wiaderka z wodą. Jeden z majtków głęboko wychylił głowę za burtę chcąc spojrzeć, co się dzieje. Ostatnimi laty wiele mówiono o piratach grasujących na tych wodach a on nie chciałby na jego warcie doszło do spotkania z tymi, jak ich nazywał, morskimi bandytami.

Ku jego zdziwieniu nie zobaczył na horyzoncie żadnego statku ani tez nic, co by mogło spowodować dziwny dźwięk, jaki usłyszał. Zaczął zastanawiać się czy aby wyobraźnia nie płata mu figla, daleko od rodziny, daleko w głębi morza dochodziło do sytuacji, kiedy ludzie po prostu tracili rozum i dostawali fioła.

– Nie może być. – Powiedział do siebie. – Na pewno coś słyszałem, na pewno.

Nagle silny powiew wiatru rozbił się o jego twarz, przynosząc zimne i wilgotne powietrze z głębi morza. Majtek raz jeszcze wyjrzał za burtę chcąc dostrzec cokolwiek. Silny wiatr coraz mocniej nacierał chwiejąc jego wątłym ciałem to w lewo to w prawo. Gdyby nie złapał się mocno balustrady mógłby po prostu wypaść za burtę. Kiedy miał już odejść by schronić się w kajucie zobaczył coś dziwnego.

– Co jest? – Zapytał sam siebie, ale wiatr rozwiał słowa w nicość.

Szybko jednak zrozumiał, co się dzieje. Poczuł sztywniejące nogi i mrowienie na całym ciele. Spoglądał na coś, co widział jedynie w filmach. Teraz działo się to na jego oczach a on i cały statek byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Majtek nie czekając dłużej przełamał opór wystraszonego ciała i zaczął biec do kabiny kapitana by zdać relacje z tego, co zmierzało w ich kierunku. Przemierzał korytarz prowadzący prosto do kabiny kapitana nie zwracając uwagi na innych, którzy patrząc na niego pytali.

– Co ci jest? Zobaczyłeś ducha?

– Dlaczego tak pędzisz?

On nie odpowiadał, jedynie jednym mocnym pchnięciem odpychał każdego napotkanego człowieka jak najdalej od siebie i pędził dalej na wprost. To wzbudziło jeszcze większe podejrzenia skłaniając resztę załogi by ruszyła za wystraszonym majtkiem.

Wreszcie po upływie kilkudziesięciu sekund, jakie upłynęły odkąd zrozumiał ogrom zagrożenia, dotarł do białych drzwi prowadzących prosto do kajuty kapitana. Przystanął na moment myśląc czy zapukać. Szybko rozumiał, że nie ma na to czasu. Po prostu wparował do środka nie pozwalając nawet dojść do słowa zaskoczonemu kapitanowi.

– Panie kapitanie. – Powiedział załamującym się głosem. – To nadciąga i zaraz tu będzie.

– Spokojnie. – Kapitan nawet nie przejął się słowami majtka uważając, że ten po prostu jest pijany. – Nic nie nadciąga. Jesteśmy na środku morza, jedyne zagrożenie to brak wody w basenie morza. – Zachichotał cicho, ukazując żółte zęby.

– Zbliża się! – Kontynuował majtek, tym razem wyraźnie podnosząc głos. – Wielka fala, lada moment dotrze do statku a wówczas… – Tutaj urwał swoją wypowiedz bał się myśleć, co może być dalej. – Dlatego nie pierdol mi, że jest inaczej!

W tej właśnie chwili statek nienaturalnie się zachwiał rzucając wszystkich na deski. Niewielki krzyż wiszący nad wejściem do kabiny spadł na ziemię łamiąc się w pół.

– Wszyscy zginiemy. – Podniosły się pierwsze głosy nadciągającej frustracji.

– Za mną! – Zawołał kapitan, próbował zachować resztki zimnej krwi.

Jako pierwszy wybiegł ze swojej kabiny nie zważając na leżący krzyż, pozostali ocknęli się i ruszyli za nim zadeptując i łamiąc jeszcze bardziej leżący krzyż. Jedynie majtek nadal leżał na podłodze wpatrując się w sprofanowaną figurę Jezusa na krzyżu. Kiedy kapitan wybiegł na pokład statkiem miotało już bardzo mocno. Duże fale uderzały o burtę z niewyobrażalną siłą.

Chciał wydać pierwsze rozkazy, ale nie zdążył, duża fala zmyła jego i część z załogi prosto do morza gubiąc ich na zawsze w rozszalałej topieli. Pozostali próbowali uchwycić się czegokolwiek, co mogło w jakiś sposób zagwarantować bezpieczeństwo przed ciągle przetaczającymi się ścianami śmierci.

Nieoczekiwanie wzburzone wody morza Tyrreńskiego szybko uspokoiły się, ponieważ przyczyna całego zajścia nie była na tyle duża by trwało to jeszcze dłużej. Niewielki odłamek skały kosmicznej wpadł z ogromną prędkością prosto do morza, tworząc w ten sposób nie naturalne fale rozchodzące się we wszystkich kierunkach. Całe zdarzenie było iście nienormalne, najpierw nagłe piekło a po kilku chwilach całkowity błogostan natury. Na niebie zaczęły świecić pierwsze gwiazdy a księżyc wyraźnie odbijał swoje kształty na tafli wody.

– Spójrzcie na odbicie księżyca w wodzie, ani drgnie. – Zawołał wystraszony marynarz. – Chyba już po wszystkim. – W obliczu śmierci chciał żyć, to jedno rozumiał, ale nagle wydarzyło się coś niepokojącego. Księżyc odbity w wodzie zaczął drgać i falować, by po chwili zniknąć w rozszalałych falach. – Co znowu? – Marynarz nie zdarzył powiedzieć ani słowa więcej, porywisty podmuch wiatru rzucił jego ciało na kilka drewnianych beczek a on zapadł w sen, był nieprzytomny, z głowy płynęła stróżka krwi, rozpętało się kolejne piekło, piekło huraganowych wiatrów.

– Dłużej się nie utrzymam. – Krzyk rozpaczy przebijał szum szalejącego wiatru i wzburzonych fal.

Na statku panowała całkowita panika i rozpacz niczym na sądzie ostatecznym. Człowiek zdający sobie sprawę z nadciągającej śmierci może oszaleć. Statek coraz mocniej skrzypiał i trzeszczał, wydawał odgłosy bólu i pękającej stali. Nacierające fale nie zwracały uwagi na szkodę, jaką wyrządzały na swojej drodze.

Wzburzona natura robiła swoje, energia, która została powołana do życia musiała w jakiś sposób rozejść się dalej. Kiedy wydawało się że wszystko jest stracone a każdy w jakiś sposób pogodził się z myślą o śmierci wszystko nagle ucichło pozostawiając za sobą jedynie przerażającą ciszę po nienaturalnej burzy.

Dzikie i pełne trwogi spojrzenia ocalałych spoglądały to na siebie to na otoczenie. Dziwna ulga przepełniła serca ocalałych by po chwili ustąpić miejsca trwodze spowodowanej nienaturalną ciszą. Ktoś podszedł i zawołał.

– Spójrzcie! – Pozostali, jak na rozkaz, zbiegli się tłocząc w jednym miejscu. Spoglądali na ciała zabitych, które wypłynęły na powierzchnię. Były wyraźnie zdeformowane i wyniszczone, wiele z nich nie przypominało ciał ludzi.

– Co to było? – Padło ciche pytanie. – Czy to piekło wyszło ze swojej otchłani?

– Nie wiem, cieszmy się, że jeszcze żyjemy. – Odparł starszy, naznaczony siwizną mężczyzna. – Wracajmy pod pokład musimy opatrzyć rany i pomyśleć, co dalej. – Wszyscy skierowali kroki w stronę schodów prowadzących pod pokład jednak ktoś wyszedł im naprzeciw. Był to majtek, którego pozostawili pod pokładem. Niósł ze sobą połamany krzyż z ciałem Pana Jezusa i nieustannie powtarzał jedno zdanie.

– Wszyscy zginiemy.

– Nie zginiemy. – Odparli pozostali. – To cud, że żyjemy.

Majtek nie zwracał na nich uwagi. Zatrzymał się, podniósł wzrok do góry i rozluźnił dłonie upuszczając połamany krzyż ponownie na pokład.

– Nie rozumiecie, my już jesteśmy martwi.

Pozostali zaczęli tracić cierpliwość.

– Co ty mówisz, lepiej się zamknij albo skończysz jak kapitan.

Już mieli rzucić się na majtka, kiedy zauważyli dziwne cienie mknące w ich kierunku. Początkowo rozmyte i niewielkie z czasem stawały się bardziej wyraźne. Trzynaście postaci sunęło w kierunku ich statku.

– A to, co do diabła? – Zapytał jeden z marynarzy nie mając pojęcia, że to właśnie sam diabeł.

Cienie szybko dotarły na statek, stając na pokładzie mocno wyniszczonej łodzi. Marynarze nie mogli uwierzyć w to, co widzieli. Trzynaście zakapturzonych mar spoglądało w ich kierunku. W panującym mroku mogli dostrzec jedynie czerwone ślepia cierpliwie spoglądające na nich.

– Czego tutaj chcecie? – Któryś z marynarzy drżącym głosem zapytał demonicznych przybyszy.

Dało się słyszeć cichy śmiech. Po czym padło krótkie zdanie.

– Chcemy waszej krwi. – Dwunastu rzuciło się na ocalałych marynarzy niczym stado wilków na zagubione owce. Krew szybko splamiła pokład w wielu miejscach spływając niczym górskie rzeki. Leżący krzyż szybko został obmyty krwią by po pewnym czasie spłynąć razem z nią do morza.


Autor. Tomasz Magielski.

Fot. Pixabay.com / globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.