Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.6- Albo jest się przydatnym i realizuje wyznaczone cele, albo samemu staje się celem.

Udostępnij


Trójka dzielnych muszkieterów siedziała w bez ruchu na tylnym siedzeniu radiowozu policyjnego, którego wszystkie drzwi były szczelnie zamknięte. Patrząc przed siebie dostrzegali masywną kratę dzielącą samochód na dwie części. Tylna, w której się znajdowali przeznaczona dla kryminalistów oraz przednia dla strażników prawa.

– I co teraz? – Kate pierwsza przerwała zalegającą ciszę.

– Myślę, że nie da rady. – Kraver spojrzał na poturbowanego Uriela. Rana postrzałowa wyglądała coraz gorzej. Duża opuchlizna i narastający siny bąbel nie napawały optymizmem. – Dlaczego wszystko się tak pieprzy na potęgę?

– Trzeba jak najszybciej wyciągnąć kulę. – Zawyrokowała Kate

– To nie o pocisk chodzi, ale o coś innego. Kula wystrzelona z pistoletu w trakcie lotu automatycznie sterylizuję się, natomiast strzępy ubrania, które przenikają do rany są niebezpieczne.

No proszę, Tom Kraver zna się nawet na medycynie. Kate była pod wrażeniem, kolejny raz ksiądz egzorcysta zaskoczył ją. Dobrze mieć go obok siebie, szczególnie w trudnych chwilach, pomyślała.

– Dlaczego tak zwlekają z tym transportem do szpitala? – Z gniewem w oczach spojrzała na szwendających się w pobliżu funkcjonariuszy. – Nie widzą, że ten człowiek umiera?

– Według nich ten człowiek to kryminalista a jeden kryminalista mniej na świecie to już coś. – Wytłumaczenie było zgodne z prawdą, ale Kate nie przyjmowała go. Człowiek to człowiek, nie można dokonywać samosądu, co z domniemaniem niewinności? Co ze zwykłym odruchem współczucia?

– Co za bezsensowne gówno. – Wyszeptała, spoglądając na cierpiącego Uriela.

Policjanci nie zwracając większej uwagi na zatrzymanych zabezpieczali miejsce wypadku i sukcesem zakończonej obławy. Nie mieli dużo pracy, ponieważ droga nie była mocno uczęszczana, dlatego jak na razie żadne cywilne auto nie nadjechało i nie zakłóciło czynności procesowych.

– Szefie, co robimy z zatrzymanymi? – Grzecznie i z respektem zapytał jeden z funkcjonariuszy.

– Rannego w nogę przewieziecie do szpitala. – Jeżeli oczywiście przeżyje, dodał w myślach. – Natomiast pozostałą dwójkę bezpośrednio na komisariat, osobiście ich przesłucham.

Po wydaniu wstępnych rozkazów przetarł pot z czoła spoglądając do wnętrza radiowozu. Napotkał spojrzenie poobijanego księdza. Przez moment patrzyli sobie prosto w oczy do chwili, w której funkcjonariusza przeszył strach. Zaczął na nowo rozmyślać jak w to wszystko zostali wplątani ksiądz i ta sympatycznie wyglądająca kobieta. Co tu się do cholery dzieje? Jaki mają cel? Bo przecież to wszystko nie dzieje się bez jakiegoś konkretnego i racjonalnego powodu.

– Co teraz zrobimy? – Zapytała Kate.

Kraver szybko nie odpowiedział, myślał, kalkulował, ale do podstawowego wniosku doszedł szybko. Sytuacja była beznadziejna. Koniec podróży niedawno rozpoczętej miał mieć swój finał na sali przesłuchań a być może za kratami więzienia. A później, co dalej? Nadciągający kataklizm? Grupa szaleńców tryumfująca nad pogrążonym w płomieniach świecie? Taki ma być koniec?

– Kate, mocno wierzę, że nie jesteśmy sami. – Położył dłoń na jej ramieniu chcąc dodać nieco otuchy. – W obecnej chwili toczymy walkę nie z ludźmi, ale z siłami zła, które zapanowały nad poszczególnymi osobami, dlatego w walce z czymś nie z tego świata otrzymamy pomoc nie z tego świata. – Kate nie mogła i nie chciała przyjąć takiego wytłumaczenia, pogoń za czymś nierealnym była dla niej równoznaczna z ucieczką. – Jeżeli jesteś z Bogiem, Bóg będzie z Tobą. – Tom spojrzał w oczy Kate. – A jeżeli Bóg będzie z tobą to któż przeciw tobie? – W ich serca wstąpiła iskra otuchy. Poczuli wewnętrzne ciepło wypełniające całe ciało. Kate zmieniła zdanie, uznała, że czasem dobrze jest wierzyć w coś nadprzyrodzonego, coś nie z tego świata.

– Jesteś dobrym mówcą motywacyjnym wiesz. – Tom nic nie odpowiedział. Patrzył przed siebie jak gdyby chciał za wszelką cenę dostrzec nadciągającą pomoc, jakiś znak. Cokolwiek, co mógłby uznać za interwencję nadprzyrodzoną.

– Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? – Uriel odzyskał przytomność, rozmytym wzrokiem próbował ogarnąć rzeczywistość.

– Spokojnie, bez paniki – Zakomunikował Tom. – Mamy chwilowe problemy, ale damy sobie z nimi radę.

– Co to za krata? – W głosie Uriela rosło napięcie, zdawał sobie powoli sprawę z nadciągającego zderzenia z tragizmem sytuacji. – Jesteśmy znów w suce! – Na moment odzyskał siły, pierwsze odruchy poprowadziły jego ręce w stronę krat, szarpał nimi nie miłosiernie, jednak one nawet nie drgnęły. – Jak się tutaj…? – Nie dokończył zdania, w sekundzie przypomniał sobie obławę i wypadek. – Dorwali nas. – Opadł z powrotem na fotel ciężko oddychając. Tom i Kate próbowali zapanować nad zdezorientowanym towarzyszem, nie chcieli, aby dostał jakiegoś wstrząsu. Tak bardzo pragnęli ulżyć Urielowi w cierpieniu, że nie zauważyli nadjeżdżającego ciemnego suwa.

– Nadciągają posiłki. – Policjanci poczuli ulgę, zaraz wszystko dobiegnie końca a oni będą mogli powrócić na komisariat gdzie czeka gorąca kawa i świeży pączek.

***

Peter Wage nie oszczędzał zapasowego samochodu, który zaparkował niedaleko posterunku. Był dumny ze środków ostrożności, jakie przedsięwziął, pierwsze auto stracił w wybuchu, drugiego nie miał zamiaru już tak łatwo poświęcić. Ciął powietrze mknąc w stronę barykady. Nie miał zamiaru pertraktować z nikim, jedynym narzędziem, jakiego zamierzał użyć do negocjacji była broń.

Nie czas na słowa i inne bzdury, czas raz na zawsze rozwiązać patową sytuację. Jeżeli teraz spieprzy powierzone zadanie to kolejnej szansy zapewne nie dostanie. Miał też świadomość, że w jego fachu nie istnieje emerytura. Albo jest się przydatnym i realizuje wyznaczone cele albo samemu staje się celem. Był drapieżnikiem nie miał zamiaru degradować swojej osoby do poziomu zwierzyny.

– Nadjeżdża przeznaczanie. – Wypowiedział głośno ostatnie słowa chcąc nieco dodać sobie siły i determinacji. – Koniec litości pora na kolejne trupy.

W odległości pięćdziesięciu metrów od barykady wcisnął pedał hamulca obracając auto w poprzek drogi. Otworzył drzwi i wysiadł, nieco przykucając. Wycelował karabin snajperski prosto w policjantów krzątających się w obrębie barykady.

Model Barrett M82A1 był amerykańskim, samopowtarzalnym karabinem, posiadał kaliber 12,7 milimetra, co stanowiło mocny argument w czasie zaistniałego konfliktu.

Peter Wage uspokoił i usystematyzował oddech. W przybliżeniu snajperskiej bestii dostrzegł zdziwione twarze policjantów. Delikatnie przyłożył palec do spustu.

Wystrzelił.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.