Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.7- Tak, tego dnia trup ścielił się gęsto.

Udostępnij


Grad kul ciął powietrze niszcząc wszystko, co napotkał na drodze. Szyby zaczęły sypać się jedna po drugiej, opony z hukiem strzelały wypuszczając powietrze. Policjanci, którzy nie zdążyli w porę wskoczyć za rozstawione radiowozy padali jak muchy na wysuszonej ziemi skraplając ją własną krwią. Wydawało się, że nie ma bezpiecznego miejsca w tym momencie, ktoś próbował wszystkich zabić. Jeden z nadlatujących pocisków przeszył bak samochodu. Rozległ się głośny huk wyzwalający kule ognia, policjanci przyczajeni za radiowozem zostali odrzuceni na odległość kilku metrów, byli martwi. Wywiązała się regularna strzelanina, kule świstały już w obu kierunkach.

– Schyl głowę! – Krzyknął Tom, łapiąc Kate za ramię i ściągając ją poniżej linii bocznych szyb.

– Kto to jest, że strzela do policjantów?! – Oszołomiona i wystraszona próbowała na szybko zrozumieć całe zajście.

– Odpowiedź może być tylko jedna. – Kraver miał nadzieję więcej nie zobaczyć tego człowieka, ale wszystko wskazywało na to, że będzie inaczej. – Pan FBI powrócił.

– Kto? – Dopytywała wystraszona Kate.

– Lepiej nie pytaj. – Machnął ręką.- Musimy stąd szybko uciekać, nie wiem jeszcze jak, ale musimy.

Kate przyłożyła obie dłonie do uszy, huk rósł na sile. Byli w pułapce, mogli czekać aż agent wystrzela wszystkich policjantów jeden za drugim na końcu zabijając ich, albo wylecą w powietrze razem z radiowozem, w którym tkwili zamknięci.

Myśl Tom, myśl. Kraver chciał poruszyć wszystkie komórki mózgowe do wytężonej pracy, czuł odpowiedzialność za Kate i za Uriela, który już wydawał się być martwy, jednak nie patrzył na niego, bo to nie sprzyjało skupieniu. Kolejne kule świstały w powietrzu zabijając następnych policjantów a w jego głowie nadal panował chaos, z którego nie wynikało nic, co mogłoby teraz pomóc w ucieczce. Aż nagle został oświecony.

– Krata, szybko! – Krzyknął ustawiając na niej nogi i mocno uderzając. – To nasza jedyna szansa.

Kate początkowo myślała, że się przesłyszała. Głowę miała całkowicie zatopioną w uścisku obu dłoni, więc było to możliwe. Jednak, kiedy otwarła oczy i ujrzała Toma szaleńczo uderzającego nogami o kratę, nie pytała o nic, zrobiła to samo.

Nikt nawet nie zauważył kołyszącego się radiowozu w rytm uderzających o kraty pasażerów. Policjanci całkowicie zostali pochłonięci przez niezapowiedzianego napastnika. Każdy strzelał seriami nie oszczędzając magazynków, chcieli dorwać drania, który przed momentem zabił ich kolegów a teraz chciał zabić także ich.

– Ten szaleniec nie przestanie do póki nas wszystkich nie wymorduje! – Krzyczał jeden z policjantów. Nikt jednak na niego nawet nie spojrzał, wszyscy mieli tego doskonałą świadomość. Wiedzieli, że albo oni albo on.

– Jeszcze trochę, troszeczkę. – Tom mobilizował Kate do większego wysiłku. Oboje uderzali nogami o kratę, która na razie zdołała się jedynie mocno wygiąć, śruby mocujące nie chciały odpuścić. Walka o wolność trwała jeszcze przez kilka minut przy akompaniamencie systematycznej strzelaniny.

– Nie dam już rady. – Kate spojrzała na Toma rezygnując z uderzania. Miała już mocno obolałe i posiniaczone nogi, ale nie to powstrzymało ją od dalszej walki, psychika pierwsza poległa pociągając za sobą wycieńczone ciało.

Tom początkowo zrobił to samo, praktycznie był gotów pogodzić się ze śmiercią. Zrobiłem, co mogłem, pomyślał. Oboje opadli na siedzenie radiowozu zamykając oczy.

Nagle Kraver na nowo zaczął okładać kratę mocnymi kopniakami, coś wyzwoliło w nim resztki sił. Kate nie wiedziała, co się dzieje, czy Tom oszalał czy może wie coś, czego ona nie wie?

Nie dawno poznany ksiądz na zmianę uderzał raz prawą raz lewą nogą, nie okazywał zmęczenia, ale z każdym kolejnym uderzeniem robił to silniej i bardziej zdecydowanie. Poprzysiągł sobie, że nie przestanie do póki nie wyważy tej przeklętej kraty.

Nagle do ich uszu, prócz ciągłych wystrzałów i krzyków, doszedł inny odmienny dźwięk, dźwięk upragniony i nieoczekiwany. Krata zaczęła trzeszczeć w miejscach mocowania, śruby powoli odchodziły od podstawy, poluzowując metalowe elementy. Najpierw odpadła jedna później druga śruba. Ostatnie mocne uderzenie i krata z impetem wylądowała na przedniej szybie.

– Udało się. – Uśmiech rozpromienił zabrudzoną twarz Kate, była tak podekscytowana, że aż ucałowała w policzek Toma. – Wybacz, to te emocje.

– Nie czas na czułości. – Kraver próbował zbagatelizować pocałunek, chciał myśleć racjonalnie. – Wskakuj i ruszaj.

Kate prześlizgnęła się na siedzenie kierowcy, przekręciła kluczyk w stacyjce. Koła zrobiły kilka obrotów w podłożu wzniecając gęsty pył. Radiowóz wystrzelił jak biegacz z bloków na sto metrów. Kilka sekund i blokada pozostała za nimi. Zdezorientowani policjanci próbujący odeprzeć niespodziewany atak nieznanego strzelca, musieli szybko podjąć decyzje, co robić dalej.

Mogli nadal bronić się przed strzelcem zabójcą lub ruszyć w pogoń za uciekającymi zbiegami. Sytuacja była coraz trudniejsza, stracili już połowę funkcjonariuszy od kul zamachowca, walcząc o przetrwanie i o swoje życie. W takiej walce nie można pozwolić sobie na pomyłki, ponieważ każda może być ostatnia.

– Jones, Stan i Willow za mną! – Warknął starszy funkcjonariusz. – Reszta ma utrzymywać swoje pozycje i nie pozwolić uciec temu szaleńcowi. – Czwórka policjantów wsiadła szybko do ostatniego sprawnego radiowozu, dwóch z przodu dwóch z tyłu. Nie czekając dłużej ruszyli w pościg za zbiegami.

Peter Wage początkowo był zdezorientowany tym, co zobaczył. Wyglądało na to, że Kraver i spółka zdołali uciec wykorzystując całe zamieszanie. Część psów ruszyła za nimi a pozostali najprawdopodobniej dostali zadanie dorwać go za wszelką cenę i to nie koniecznie żywego.

– Dostaniecie mnie po moim trupie! – Zawołał przed siebie. Szybko wrzucił karabin snajperski na tylne siedzenie, z otworu umieszczonego na końcu podłużnej lufy wydobywał się jeszcze niewielki opar.

Nie miał wiele czasu do namysłu, jednak w obecnej sytuacji nawet go nie potrzebował. Albo coś zrobi, albo jego zwierzyna przepadnie na dobre. Wskoczył na siedzenie kierowcy, zamknął drzwi i ruszył w stronę mocno zniszczonej blokady, nad którą unosił się czarny i gęsty dym a ciała w niebieskich ubrankach walały się po między samochodami. Tak, tego dnia trup ścielił się gęsto.

Niedobitki funkcjonariuszy, przyczajonych za policyjnymi radiowozami, zaczęły powoli popadać w panikę, nikt nie koordynował ich działań a praca pod dużym naporem strachu i psychozy nie wychodziła im najlepiej. Jak by tego wszystkiego było mało okazało się że napastnik jedzie w ich stronę z zawrotna prędkością.

Dwóch policjantów opuściło stosunkowo bezpieczne miejsce za maską podziurawionego pojazdu, pędząc do przydrożnego rowu. Pozostało im liczyć na cud i na ocalenie. Trzech pozostałych nie bacząc na nic, wyszło przed blokadę, stanęli w równym rzędzie jeden obok drugiego celując prosto w nadjeżdżający samochód.

Policjanci ukryci w rowie nie wiedzieli czy to heroizm czy może akt rozpaczy i desperacji. To jednak było już bez znaczenia, ktoś zaraz zginie, mieli tylko nadzieję, że to nie będą oni. Peter widząc trzech śmiałków, którzy sami pchali mu się pod rozpędzone koła, zachichotał szyderczo pod nosem, miał zamiar rozjechać całą trójkę jak czołg trzy żaby.

– Zaraz zobaczymy, kto ma większe jaja. – Nie miał zamiaru omijać trójki zuchów, nacierał prosto w ich stronę, coraz mocniej przyspieszając. Nie bał się śmierci.

Padły pierwsze strzały, seria kul przebiła karoserie przy okazji roztrzaskując lusterko i przednia szybę. Nie wiele brakowało, pomyślał Peter. Na kolejną serie nie było czasu, Peter natarł na trójkę funkcjonariuszy, dwóch zdołało odskoczyć na bok. Policjant stojący po środku jedynie odbił się od maski pędzącej maszyny, bezwładnie upadając kilka metrów dalej.

Peter Wage przed samym uderzeniem w stojące radiowozy zamknął oczy, nie chciał patrzeć, co z tego wyniknie. Mocne uderzenie, lekkie spowolnienie i wciśniecie agenta FBI w kierownicę. Dwa niebiesko białe pojazdy rozstąpiły się niczym wrota bramy opadając na bok i przepuszczając Petera dalej.

– Jestem wielki! – Krzyczał oddalając się od doszczętnie zniszczonej blokady.

Co bardziej żywi policjanci wyszli na drogę stając pośrodku policyjnego złomowiska. Patrzyli na odjeżdżający pojazd, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyli. Jako funkcjonariusze prawa poszukiwali czegoś, co nazywano sensem i ładem, tutaj jednak tego nie odnaleźli. Stali w bezruchu, jak gdyby nad przepaścią, nie mogli wykonać żadnego ruchu, bali się, że upadną. Przed momentem mogli stracić życie, teraz ten fakt zaczął docierać do ich świadomości.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.