Bractwo Apokalipsy Ks.II Roz.9- Dziś jesteśmy, ale kto powiedział, że jutro będziemy? Być może jutra dla nas nie przewidziano?

Udostępnij


Minęły trzy kwadranse odkąd dostał telefon, jakiego nigdy dostać nie chciał. Zebrał się w sobie, nie na, tyle co zwykle, ale na tyle by wrócić do europejskiego ośrodka NASA, którym zarządzał. Musiał bliżej przeanalizować zaistniałą sytuację i jak przypuszczał wesprzeć wystraszonych współpracowników. W obecnej chwili uczucie strachu nie było mu obce, ale starał się z całych sił nie okazywać po sobie obaw noszonych wewnątrz. Demony przyszłości nie mogą wyjść na jaw, bo to nie poprawi, ale pogorszy sytuację

Ulegając lękom i obawom popadamy w błędne koło coraz szybciej napędzające nasze czyny i życie. Ludzie tak często radują się z dobrej pracy, możliwości awansowania i pokazania światu swojej osoby. Trudzą się już nie tylko dniami, ale i nocami, nadwerężając organizm dla garstki pieniędzy i krzty sławy. Chcą posiadać sakiewkę pełną złotych monet.

Kupują domy, samochody a nawet złote zęby, które oświetlą kurs ku kolejnym nocom trudu i pogoni. Praca, praca, praca ona czyni wolnym, zdanie przeklęte przez historię powraca naśmiewając się z człowieka. Nie myśleć, nie czuć, to zbędne, tylko pracować, wrzeciono kręci się a kolekcja monet wzrasta. Jedyne egzystencjalne pytanie, na jakie można sobie pozwolić to pytanie o to czy jeść czy też nie jeść.

Będę jadł nie będę pracował, nie będę pracował nie będę zarabiał. Koniec tygodnia to czas na podliczanie zysków nie zważając na poniesione straty, po co je dostrzegać to zbyteczne. Czas rozpocząć kolejny tydzień, kolejny okres wzbogacania. Często człowiek nawet rano nie wstaje, ponieważ nie wypoczywał, kilka uderzeń po twarzy i do dzieła by realizować jeden najważniejszy cel, żyć dla pieniędzy, oddychać pieniądzem.

Po pewnym czasie umysł przestaje pracować stabilnie, niektóre cylindry zapychają się głupotą i psychozą. W oczach widnieje podobnie ja u bohaterów kreskówek z lat młodości przekreślone S, symbol dolara pachnący władzą.

Teraz William Rodeker jak nigdy wcześniej dostrzegał marność życia, marność nad marnościami, marność pieniądza. Dziś jesteśmy, ale kto powiedział, że jutro nadal tak będzie? Być może jutra już dla nas nie przewidziano i dla całej ludzkości także.

Otrząśnij się z tych dociekań, poganiał się w myślach Rodeker, nie czas na tego typu monologi umysłowe, nie czas na pełna prawdę.

– Dobrze, że pana widzę. – Tedd z otwartymi rękoma przywitał Rodekera, był jego prawą ręką. – Myślałem o panu, przez ostatnie kilka godzin, zapadł się pan pod ziemię. Sądziłem, że coś złego się wydarzyło.

– Ja… Tylko… – William nie chciał powiedzieć prawdy, najchętniej nic nie chciał mówić. – Coś ważnego mi wypadło, ale to już nie ważne. Jaką mamy bieżącą sytuację?

– Sztab kryzysowy czeka w sali konferencyjnej, szefowie sztabów, przedstawiciele wojska, jacyś tajniacy ze służb. – Tedd zastanawiał się przez moment czy wymienił wszystkich zebranych, była to tak liczna grupa, że pominięcie kogoś było bardzo proste. – Aha… No tak, jest też Prezydent.

– Prezydent? Tutaj we Włoszech? Kiedy przyleciał?

Tedd spojrzał na swój złoty zegarek.

– Przed trzydziestoma minutami, polecił mi niezwłocznie poinformować pana o trwającym zebraniu. – Tak to była dobra chwila by przejść na ty. – Wszyscy czekają na ciebie.

William nie pytał o nic więcej. Prezydent czeka, a to wystarczający powód.

– William! – Tedd starał się zatrzymać jeszcze na jedną sekundę Rodekera. Widząc, że ten przystanął, podbiegł do niego i zapytał. – Co teraz z nami będzie? – Tedd ledwo słyszalnie wyszeptał ostatnie słowa, chciał zachować pozytywne myślenie, jednak w obliczu nowych faktów po prostu nie mógł, sytuacja pogarszała się z minuty na minutę, a co grosza nic nie można było zrobić, człowiek w konfrontacji z przyrodą często może tylko obserwować i prosić o cud.

William przez moment zastanawiał się, co odpowiedzieć. Być szczerym czy nie.

– Tedd… – Przerwał chcąc odwlec uczucie bezsilności, ale na próżno. – Nie wiem, po prostu nie wiem.

Na koniec chciał mimo wszystko puścić niewielki uśmiech w stronę swojego kolegi, ale udało mu się jedynie wzbudzić dziwny grymas na twarzy. Poklepał młodszego współpracownika po ramieniu i ruszył w stronę wielkich mahoniowych drzwi. Tedd stał nadal, nie wykonując żadnego ruchu, rzeczywistość przerosła jego możliwości.

Z każdy kolejnym krokiem William zbliżał się do celu. Przystanął przy drewnianych drzwiach, ręka na chwilę nieruchomo zawisła nad posrebrzaną klamką. Z wielkim trudem opadła naciskając na nią. Ciemne wrota stanęły otworem. Pomieszczenie było okryte mrokiem zalegającym prawie w każdym calu przestrzeni. Jedynie po środku można było dostrzec niewielką podłużną wysepkę oświetloną licznymi żarówkami LED.

Stół narad miał wymiary trzy metry na dziesięć. Po środku ciągnęła się podwójna linia równolegle do siebie ułożonych świateł emitujących lekko pomarańczowe światło. Szybko dostrzegł twarze zebranych, które skierowane na Williama bacznie obserwowały jego kolejne ruchy. Każda z osób miała przed sobą stos białych kartek bardziej lub mniej rozrzuconych. Ktoś coś notował, ktoś inny właśnie wykonywał telefon.

– William witaj. – Znajomy głos powitał Rodekera, dopiero po chwili zrozumiał, kto jest jego właścicielem.

– Panie Prezydencie. – Odparł służbowo, nie okazując zdziwienia.

– Proszę siadaj. – Prezydent ręką wskazał wolne miejsce.

– Państwa europy środkowej zostały już poinformowane. – Lekko łysiejący człowiek przemówił do prezydenta, wyglądało na to, że kończy wcześniejsze sprawozdanie. Fakt posiadania na piersi licznych odznaczeń oznaczał tylko jedno, to jakiś generał albo bóg wie, kto jeszcze, a może i sam bóg tego nie wie. – Druga fala uderzeniowa będzie najgorsza, większa część siły skoncentruje się na USA, Kanadzie i Meksyku.

Prezydent spojrzał na ostatnią osobę w prawym rogu. Nie wypowiedział ani jednego słowa tylko spojrzał, ale to już wystarczyło do tego by jak za dotknięciem magicznej różyczki wywołać ją do odpowiedzi.

–  Przed godziną rozmawiałem z prezydentem Meksyku i Kanady podjęli już pierwsze środki zaradcze. Zdają sobie sprawę ze skali wydarzenia, jednak liczą na ocalenie jak największej liczby swoich obywateli.

– William. – Prezydent zwrócił się bezpośrednio do Rodekera. – Jakie są najnowsze wieści z NASA?

William wiedział, że nadejdzie jego kolej, ale jak nigdy wcześniej wolał się kompletnie nie odzywać. Wszystko, co miał do powiedzenia było pełne strachu i rozlewu krwi. Nic pozytywnego.

– Po wykonaniu kolejnych ścisłych pomiarów. – Wstał, lekko opierając dłonie o stół. – Jesteśmy pewni, kolizja będzie nieunikniona. Pierwszy stopień zagrożenia został już wprowadzony. Pozostaje nam czekać i… – Spojrzał po zebranych. – I modlić się. – Przez salę przebiegł cichy szmer szeptów i szeleszczących kartek. – Za kilka godzin pierwsza fala zbliżających się odłamków komety MM-2000 uderzy w kraje europy środkowej. Najbardziej zagrożone są Polska, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa oraz Niemcy. Nie wiem, jakimi dysponują środkami, ale ofiary będzie można liczyć w tysiącach. Sam moment uderzenia ciała kosmicznego z ziemią nie będzie najgorszy. To, co nastąpi później zbierze największe żniwo śmierci, domknie cykl zabójczej hegemoni, postawi kropkę nad i.

– Co może być jeszcze gorsze? – Do tej pory milczący generał ponownie zabrał głos.

– Fala uderzeniowa, która z zawrotną prędkością pochłonie okolicę zabije każdego, kto będzie znajdował się w obrębie jej siły. Domy, samochody, cała infrastruktura będzie wyglądać niczym po wybuchu bomby atomowej. Ale to nie będzie jeszcze koniec. – Przetarł krople potu lekko połyskujące na pomarszczonym czole. – Druga fala uderzeniowa, która skoncentruje się na Ameryce północnej będzie jeszcze silniejsza.

Przez kilka sekund nikt nie wypowiedział słowa. W obliczu tak pesymistycznych rokowań wszystko wydawało się stracone.

– A co z samą kometą MM-2000? – Zapytał prezydent lekko drżącym głosem.

– Kometa. – Podjął Rodeker. – Tak jak wcześniej zaobserwowaliśmy została zaabsorbowana przez słońce, przynajmniej jej główna część, odłamki lecą nadal w naszym kierunku. W obliczu zderzenia z całą MM-2000 nasza planeta uległa by tak poważnym zmianom geologicznym i klimatycznym, że prawdopodobnie nikt by nie przeżył. – William odszedł od stołu, nerwy nie pozwoliły mu na pozostawanie w miejscu szczególnie w obliczu tego, co teraz miał powiedzieć. – To jednak nie będzie jeszcze koniec.

Pierwsza myśl, jaka przyszła wszystkim zebranym do głowy to potrzeba uporania się z konsekwencjami zderzenia. Ofiary, prawdopodobny kryzys gospodarzy na skalę światową, epidemie i liczne choroby.

– Panie Rodeker. – Nieznana starsza postać człowieka w czarnym garniturze zabrała głos. – Jestem odpowiedzialny za dostawy leków i żywności. I zapewniam pana i wszystkich tu zebranych, że jesteśmy przygotowani na szybką interwencję w kraju i zagranicą, nie obawiam się już niczego więcej, ja i moi ludzie zapanujemy nad chaosem.

Standardowa odpowiedz, pomyślał William. W pokoju znajdował się prezydent a w jego obecności nic innego nie mogłoby paść z ust jakiegoś urzędnika. Pozory kontroli i panowania na sytuacją, która jeszcze się nie wydarzyła były dla Rodekera żałosne.

– Nie to miałem na myśli. – Sprostował William. – Istnieje kolejne zagrożenie spowodowane rozpadem komety podczas przelotu wokół słońca.

– Co? – Prezydent nie krył zdziwienia. – Nie tylko odłamki powstałe w wyniku częściowej fragmentacji?

– Niestety nie tylko. – Rodeker dopiero nie dawno przeanalizował zaistniałą sytuację pod tym kontem a teraz musiał podzielić się swoimi nowymi przemyśleniami i obawami z innymi. – Rozpad komety nie tylko spowodował powstanie mniejszych odłamków, które lecą w naszą stronę, ale także gigantycznej chmury gazów i pyłów. – William obszedł cały stół dokoła podczas swojej przemowy. – Po licznym bombardowaniu naszej planety z kosmosu, ziemia niejako wejdzie w pas chmury pyłowej rozciągającej się na miliony kilometrów.

– Chmura pyłowa? – Wielu z zebranych beznamiętnie powtarzało nowo zasłyszaną frazę.


Autor. Globalny Anonim.

Wszelkie prawa zastrzeżone.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.