Piekło w Australii: Święta Greta Thunberg i ekoświry promują „globalne ocipienie” podczas gdy to ekolodzy podpalili Australię.

Udostępnij

Wśród dzisiejszych ekologów jak się zdaje panuje przekonanie, że jakakolwiek ingerencja w naturalne środowisko jest zła dla zasady. Oczywiście nie jest to prawda. Samo istnienie cywilizacji na tyle zaburzyło ekosystem, że pozostawienie go samemu sobie będzie miało tragiczne skutki i dla niej i dla natury. Ale oni tego nie rozumieją, stąd na przykład znane z naszego podwórka protesty przeciwko odstrzałom dzików czy wycince zainfekowanych kornikiem drzew. W Australii tak samo protestowali przeciwko wypalaniom, argumentując, że niszczy to gniazdujące w trawie ptaszki i tym podobne.

Zanim nie przyćmiła go potencjalna III wojna światowa po irańskim ataku na amerykańskie bazy, tematem numer jeden światowych mediów były pożary w Australii. Niestety to, co o nich pisano, pozostawia wielki niedosyt. Nie wspomniano, bowiem o niechlubnej roli, jaką odegrali w nich tamtejsi ekolodzy. Większość dziennikarzy pisze o obecnych pożarach jako o czymś wyjątkowym, fenomenie bez precedensu.

Tymczasem pożary buszu w Australii, kraju o niemal pustynnym klimacie, są banalne jak deszcz w Wielkiej Brytanii i występują tam od zawsze. James Cook, który odkrył ten kontynent dla Europejczyków, nazwał ją nawet kontynentem dymu. Niemal wszyscy odkrywcy i osadnicy wspominali w swoich wspomnieniach, że w ciepłej porze roku najbardziej charakterystycznym elementem były unoszące się nad horyzontem pióropusze czarnego dymu.

Zatem, skoro sam fakt zaistnienia pożaru wyjątkowy nie jest, to może coś w tym pożarze jest wyjątkowe? Niestety też nie. Owszem, jest duży, ale daleko mu chociażby do pożaru z przełomu 1974 i 1975 roku, który strawił 117 milionów hektarów i dokonał takich spustoszeń, że poważnie się obawiano, że to relatywnie bogate państwo stanie się krajem trzeciego świata. Te 25 ofiar śmiertelnych, jakich się dotychczas doliczono, to także sporo, w większości nie ma ofiar wśród ludzi. Ale w takim na przykład 1926 roku ofiar było 60, a w 1967 roku 62.

Problem z tymi pożarami, a konkretniej z ich postrzeganiem, polega na tym, że kapłani Globalnego Ocieplenia, ze świętą Gretą na czele, od razu okrzyknęli, że to właśnie ono zawiniło, bo ten wstrętny rząd Australii nie ma zamiaru zrezygnować z jednej z lokomotyw swojej gospodarki, górnictwa. A słowa globalne ocieplenie mają ciekawy efekt na dziennikarzy, otóż zupełnie wyłączają im zdolność logicznego myślenia.

Narracja o globalnym ociepleniu zupełnie przyćmiewa za to inne powody, dla których te pożary wyglądają jak wyglądają. Jednym z nich są tak zwani firebugs, jak Australijczycy nazywają podpalaczy. Powodów ich takiego właśnie działania, nikt do końca nie rozumie, wielu Australijczyków, bardzo często nastolatków, w sezonie pożarowym nie jest ukontentowana skalą żywiołu i w wolnych chwilach wywołuje kolejne.

Idźmy dalej, jeżeli ktoś czerpie swoją wiedzę o lasach z czegoś więcej niż broszurki Greenpeace’u to wie, że najlepszym sposobem walki z zagrożeniem pożarowym jest tworzenie pasów przeciwpożarowych. Ogień ma to do siebie, że potrzebuje paliwa, aby płonąć. Tworzenie pasów pozbawionych tego paliwa, czyli w tym wypadku drzew czy ściółki, sprawia, że płomienie do nich dochodzą i muszą stanąć. Oczywiście metoda ta nie jest stuprocentowo skuteczna, ale dzięki jej umiejętnemu stosowaniu można znacznie ograniczyć ryzyko.

Wśród dzisiejszych ekologów jak się zdaje panuje przekonanie, że jakakolwiek ingerencja w naturalne środowisko jest zła dla zasady. Oczywiście nie jest to prawda. Samo istnienie cywilizacji na tyle zaburzyło ekosystem, że pozostawienie go samemu sobie będzie miało tragiczne skutki i dla niej i dla natury. Ale oni tego nie rozumieją, stąd na przykład znane z naszego podwórka protesty przeciwko odstrzałom dzików czy wycince zainfekowanych kornikiem drzew. W Australii tak samo protestowali przeciwko wypalaniom, argumentując, że niszczy to gniazdujące w trawie ptaszki i tym podobne.

Obłożenie samorządów odpowiedzialnością za wypalania sprawiło, że te, w których wpływy mieli zieloni, zaczęły stopniowo z nich rezygnować, a w wielu innych władze ugięły się przed ich protestami. Przestano też tworzyć przecinki, którymi wozy straży pożarnej mogłyby łatwiej dotrzeć do pożarów, bo ekolodzy płakali, że wykorzystują je turyści do niepokojenia zwierzątek. Zaprzestano usuwania gromadzącej się ściółki czy martwych drzew, nawet spod linii wysokiego napięcia, chociaż sypiące się z nich iskry to ogromne zagrożenie zapłonem.

Co więcej, ekoświry doprowadziły do tego, że w wielu miejscach robienie takich wypalań przez samych farmerów czy właścicieli domów stało się bardzo utrudnione. O ile wiem nigdzie nie zostało wprawdzie wprost zabronione, ale zaczęto wprowadzać konieczność uzyskiwania indywidualnych pozwoleń. Co w praktyce oznaczało to samo. Mając do wyboru przejście przez biurokratyczne piekło bez żadnej gwarancji powodzenia i gigantyczne kary za samowolkę, wiele osób po prostu rezygnowało ze stosowania takiej ochrony pożarowej.


Autor. Zespół globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Fot. en.wikimedia.org


 

This article has 1 Comment

  1. KurVa PARANOJA. Te pożary nie są przypadkowe. Możecie znaleść w necie, że Rząd z Australii chce budować tam trasę kolejową dlatego podpalili wszystkie obszary z premedytacją. Bo wycinka tak ogromnego obszaru zajeła by kupe czasu i w dodatku za drogo i za kontrowersyjnie. Ta sama sytuacją powtórzyłą się w Californii !!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.