Marta Robin mistrzyni życia duchowego: „Dlaczego szukasz pokoju, kiedy stworzona jesteś do walki”?

Udostępnij

Tą schorowaną kobietę w ciągu jej życia odwiedziło przeszło sto tysięcy osób, dla każdego z nich spotkanie z Martą było nową nadzieją, inspiracją do lepszego życia, każdy kto opuszczał jej pokój wychodził już inny, w tym kilku znanych polskich kapłanów.

Współczesny świat oferuje tylko i wyłącznie „zabawę” różnego rodzaju. Oferuje brak jakichkolwiek „hamulców moralnych”, albowiem motto: „wszystko jest dla ludzi”, jest przecież tak „słodkie” i „kuszące”, niczym „rajskie jabłko”. Zatem czy tak ma wyglądać ten świat i to życie? Śmiech, drwienie ze wszystkiego, brak jakichkolwiek „świętości” i oczywiście: „rób co chcesz, a wszystko co zrobisz uczyń prawem”.

Podczas gdy te właśnie „rozrywki”, powodują całkowite zaślepienie duchowe. Tyle dziś mówi się o szlachetnych rzeczach, o rozwoju i wstępowaniu na kolejny, wyższy poziom świadomości. Ja jednak widzę coś zupełnie odwrotnego. Ludzkość zmierza ku otchłani, przy fanfarach mediów głównego nurtu, poklasku polityków i uśmiechu celebrytów. Trudno w takim „ziemskim piekle”, się przebudzić. Jednakże jest to konieczne i oczywiście możliwe.

Dziś chcemy przedstawić Martę Robin, określaną mianem: „mistrzyni życia duchowego”. To ona i osoby jej podobne, są prawdziwymi „bohaterami”, za których przykładem warto podążać. Podążać za ich siłą woli, za potęgą ich niezłomnej wiary. I wreszcie podążać za „Mistrzem”, takich osób, to jest za samym Bogiem. Ktoś powie: Kapitan Ameryka, Batman, Superman, a ja zapytam: „a któż to taki”? To tylko zmyślone „pionki”, które nie istnieją po za ekranem telewizora. Zatem nie podążajmy za „złudzeniami”, za „majaczeniem”, za „zwidami”, ale za tym co realne i prawdziwe.

Marta Robin urodziła się w 1902 roku w Châteauneuf-de-Galaure, sześćdziesiąt kilometrów na południe od Lyonu. Została zapamiętana jako pogodne, wesołe dziecko, lubiła modlić się, tańczyć, śmiać, żartować. Gdy miała 5 lat, jej ojciec Józef Robin zawiesił na drzwiach drewniany krzyż, lecz bez figury Chrystusa. Na ten widok Marta zapytała, a gdzie jest Pan Jezus? Tato odpowiedział „tam Go nie ma”. Marta odpowiedziała: „w takim razie my tam będziemy”. Mówiąc te słowa, czy już wtedy mogła przypuszczać jakie będzie jej dalsze życie…?

Niestety rok 1918, kiedy Marta ma 16 lat, zapowiada się pesymistycznie, Marta zaczyna podupadać na zdrowiu, ma silne bóle głowy, zdarza się, że traci przytomność, lekarze nie potrafią postawić jednoznacznej diagnozy. Pod koniec listopada Marta upada w kuchni, okazuje się że jest to paraliż nóg. Stan jej zdrowia raz się pogarsza, raz polepsza. Dnia 2 grudnia kładzie się definitywnie do łóżka, lekarze rozkładają ręce nie mogąc nic zaradzić. Marta nie może jeść, nie jest w stanie znieść światła.

Zadziwiające jest niezwykłe zdarzenie z 1921 roku. Odwiedził ją ksiądz proboszcz, a Marta podczas rozmowy straciła przytomność i obudziła się dopiero po miesiącu! Wydarzenia te były już przygotowaniem do tego, co miało nastąpić później. Dnia 20 maja 1921 roku doszło do niezwykłego wydarzenia, śpiąca Alicja, siostra Marty obudziła się widząc intensywne światło w pokoju, spytała Martę co to za światło? Otrzymuje odpowiedź: „Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą Dziewicę”.

Marta w latach swojego dzieciństwa rozumowała jak przeciętna dziewczyna, bała się cierpień, uciekała od nich, kiedyś nawet powiedziała: „Biłam się z Bogiem”. Przeczytała kiedyś w modlitewniku chrześcijańskim takie oto słowa: „Dlaczego szukasz pokoju, kiedy stworzona jesteś do walki, dlaczego szukasz przyjemności, kiedy stworzona jesteś do cierpienia”. Marta czuła wyraźnie, że te słowa są skierowane do niej, długo z nimi walczyła.

Jest rok 1926 ogólny stan zdrowia 24-letniej Marty pogarsza się do tego stopnia, że sądzi się że nastąpi nieuchronna śmierć. Marta była w śpiączce, która trwała 3 tygodnie. Gdy się obudziła powiedziała: „Sądzę, że nie umrę”, potem dodała: „Widziałam świętą Teresę”. Później przyszła do niej Św. Tereska od Dzieciątka Jezus jeszcze raz, dała jej wybór: mogła od razu pójść do nieba albo przyjąć cierpienie w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Postanowiła złożyć ofiarę ze swego cierpienia.

W 1927 roku cierpienia Marty zwiększają się, teraz obejmują bóle głowy, nóg, ramion i pleców, a w 1928 roku dotyka ją całkowita blokada krążenia w kończynach, co oznacza że odtąd po kres swojego życia będzie leżeć w łóżku (47 lat), jakby tego było mało Marta leży na zgiętych kolanach, można jakoś sobie wyobrazić godzinne leżenie na zgiętych kolanach, ale trudno wyobrazić sobie, że ktoś tak przeleżał 47 lat.

Marta Robin cierpiała dodatkowo na wiele innych sposobów. Najbardziej w tym wszystkim zadziwiający jest fakt że Marta w ogóle nie śpi, nie je i nie pije! Nie została podłączona do kroplówki i nikt jej nie dawał po kryjomu pożywienia, była obserwowana przez sceptyków. Jakiekolwiek podjadanie zostało całkowicie wykluczone! Marta nie mogła nic pić, wlewano jej na siłę do ust wodę, lecz woda spływała na tackę.

Wiadomo, że przeciętny człowiek bez pożywienia przeżyje około 40 dni, bez wody znacznie krócej, gdy odbierze mu się sen nie jest w stanie przeżyć tygodnia, ale jak można kompletnie nic nie jeść, nic nie pić, nie spać i przeżyć w tym stanie 52 lata, nikt nie miał i do tej pory nie ma jakiegokolwiek wytłumaczenia. Marta ciągle odczuwała pragnienie picia, lecz niestety nie była w stanie przełknąć nawet kropli, co potęgowało jej i tak bardzo duży ogrom cierpień.

Dodatkowo szatan dręczył ją odkręcając kran, Marta słyszała plusk płynącej wody, co jeszcze bardziej przytłaczało ją. Nie spała a przecież sen jest ucieczką od smutnej rzeczywistości, jest wybawieniem. Marta nie była w stanie nic przełknąć, a jednak jakimś cudem wchłaniała konsekrowaną hostię, to był jej jedyny pokarm przez 52 lata. Jak to wytłumaczyć?

Kolejnym zadziwiającym zjawiskiem było to że hostia sama wędrowała do ust Marty. Wystarczyło, że kapłan zbliżył jej hostię do ust, a ta sama jakimś cudem jakby wyrywała się z palców i wędrowała prosto do jej ust. Nieraz nawet hostia przemierzała odległość dwudziestu centymetrów zanim trafiła do ust. To wszystko niezbicie dowodzi, że Jezus Chrystus Zbawiciel wszechświata jest rzeczywiście obecny ciałem i krwią w konsekrowanej hostii.

W 1930 roku, Ukazał się jej Jezus i zapytał: „Czy chcesz być jak Ja?” Marta już wcześniej wyraziła swoje całkowite oddanie w „Akcie ofiarowania” w swej pokorze i zaufaniu powiedziała „tak”. Tu widzimy bardzo wyraźnie, że Bóg nie jest tyranem i nic na siłę nie robi wbrew ludzkiej woli. Maryja Dziewica też wyraziła swoje „fiat” bez tego przyzwolenia nie stałaby się Matką Zbawiciela.

Marta wpada w mistyczne stany, dzieje się to w każdy czwartek, po przyjęciu eucharystycznego Jezusa, wtedy jest całkowicie wyłączona dla otoczenia, tak jest do niedzieli. Trudno cokolwiek powiedzieć na temat tych mistycznych stanów, Marta nie zwierza się, co się wtedy z nią dzieje, wiadomo jest tylko, że przeżywa Mękę, tak jakby była na Golgocie. Z jej oczu spływa krew, na swoim ciele nosi ślady stygmatyzacji. Marta każdego czwartku wieczorem bardzo drży ze strachu. Wszystko wskazuje na to, że przeżywała realnie fizycznie i psychicznie Mękę Jezusa, począwszy od Ogrójca aż po śmierć na Golgocie. Pewnego dnia Marcie ukazał się Jezus mówiąc:

To ciebie wybrałem, abyś przeżywała moją Mękę w sposób najpełniejszy od czasu mojej Matki i nikt po tobie nie będzie jej przeżywał w Kościele w takiej pełni. Abyś mogła przeżywać ją całkowicie, nigdy nie zaśniesz, coraz bardziej postępując w cierpieniu. Spać znaczyłoby porzucić cierpienie. Będziesz cierpieć coraz bardziej.

Zachowanie Marty Robin z ludzkiego punktu widzenia wygląda paradoksalnie! Mimo ogromnych cierpień była szczęśliwa. To szczęście wypływało ze świadomości, że jest złączona z Bogiem. Marta pragnęła cierpieć ponieważ wiedziała, że cierpienie będzie postępem w miłości, pragnęła obarczać się nowymi cierpieniami, widziała w tym wszystkim bardzo głęboki, wymowny sens, w którym my letni chrześcijanie nie widzimy nic poza „niepotrzebnym kolejnym cierpieniem”.

Szatan nienawidzi świętości, ofiary i tego, że mu się zabiera dusze. Marta jak wielu mistyków czy świętych nie była wolna od jego działań. Zły duch nawiedzał ją, dręczył i maltretował duchowo i fizycznie. Poddawał w wątpliwość jej ofiarę, sugerował jej że to wszystko nie ma sensu, że te wszystkie dusze i tak zostaną potępione. Szatan obchodził się z Martą bardzo brutalnie, uderzał ją fizycznie. Zdarzało się nie raz, że szatan uderzał jej głową o ścianę.

Na fotografiach pokoju Marty, można zauważyć na podłodze przy łóżku leżący gruby materac, położono go po to aby ograniczyć moc uderzenia, gdy szatan rzucał ją o podłogę. Zdarzało się, że ataki następowały w obecności o. Fineta i osób przybyłych. Świadkowie tych zdarzeń byli zbulwersowani tym, co się działo. Szatan tak ją mocno i na różne sposoby maltretował, że pewnego dnia skręcił jej kark. Jej ból był przerażający. Bardzo zagadkowa jest śmierć Marty Robin, nie umarła ze starości. Jest to jeden z niewielu bardzo rzadkich zgonów, w których Bóg dopuścił, aby szatan odebrał człowiekowi życie.

Było to 6 lutego 1981 roku. O godzinie 17 o. Finet przychodzi do domu Marty. Po wejściu do jej pokoju ogarnia go przerażenie. Marta leży na podłodze, wokół niej leżały porozrzucane różne przedmioty. Chwycił Martę podniósł, lecz ona już nie żyła. Ojciec Finet nie mógł się powstrzymać od płaczu, także i na pogrzebie. Pogrzeb odbył się 12 lutego, Martę pochowano w Saint-Bonnet-de-Galaure obok rodziców, brata i sióstr.

Tą schorowaną kobietę w ciągu jej życia odwiedziło przeszło sto tysięcy osób, dla każdego z nich spotkanie z Martą było nową nadzieją, inspiracją do lepszego życia, każdy kto opuszczał jej pokój wychodził już inny, w tym kilku znanych polskich kapłanów.


Przeczytaj również:

Egzorcysta Gabriele Amorth ujawnia co powiedział mu diabeł: „Druga wojna światowa była moim arcydziełem”.


Autor. Zespół globalne-archiwum.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Fot. youtube.com


 

This article has 2 Comments

  1. Czemu ciągle widzicie Jezusa jako dziecko czy przebitego na krzyżu
    JEZUS ŻYJE I jest Królem a nie ciągle małym dzieckiem zmartwychwstał a wy go ciągle na krzyż wieszaćie.Żebyście tak ufali Jezusowi jak swoim figurką i malowidła obrazy są ważniejsze niż Ewangelia , ciągle szukacie pośredników czego się boicie czemu nie ufacie Panu .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.